Blog > Komentarze do wpisu

Franklin w księgarni. Czyli wybieg rodziców.

Wybierałyśmy się do księgarni na spotkanie dzieci z żółwiem Franklinem. Biśka się pakuje. Bierze jednego, drugiego, trzeciego żółwia, kwiatek, zebrę, piłkę, kicka i jeszcze kilka drobiazgów (tak pakuje się na każde wyjście, nawet po bułki).


Gabrysia - Mamo, a Franklin nie zabierze mi moich rzeczy?
Mama - Nie, rybko. Franklin nic Ci nie zabierze.
G - Jest miły?
M - Tak. Lubi dzieci. Nic nie zabiera. Mało tego - da Ci prezent i bajkę (za którą zapłacę - nic za darmo ;) ) i zrobię Ci z nim zdjęcie.
G - Jest miły prawda? Nie jest potworem?

Tym sposobem przywitałam erę potworów. Dziś wieczorem za oknem były widziane już trzy ;) O tym innym razem, jeśli się rozkręci.

 

Wyszłam z księgarni przerażona...

Pomieszczenie miłe. Bywamy tam często, minimum raz w tygodniu, bo wolę kupić małej bajkę za 10 zł niż paczkę żelek. Biśka z pomieszczeniem była oswojona. Mimo to po wejściu zwątpiła. Przypuszczam, że dlatego, że i ja zwątpiłam. Było bardzo dużo dzieci. Moja okazała się najmniejsza i pewnie najmłodsza. I co gorsza było pełno rodziców. Rodziców TEGO typu. TEGO którego nie.. ekhm.. nie lubię.

Spotkanie z Franklinem polegało na tym, że dzieci wysłuchały bajki z nowymi przygodami głównego bohatera, czytanej przez panią z księgarni. Bardzo sympatyczna Pani zachęcała do wspólnego czytania dzieci siedzące przed nią na dywanie. Następnie zostały ustawione stoliki, dzieci dostały kredki i kartkę z Franklinem do pokolorowania. Na koniec główna atrakcja - przyszedł żółw Franklin we własnej osobie, poznał się z dziećmi, odpowiedział na różne pytania i pozwolił się obfotografować.

Tyle w teorii.

W praktyce w połowie pierwszego punktu wieczoru starsze dzieci zaczęły dziczeć. Głównie chłopcy. Babeczka z księgarni próbowała je uciszyć. Szło jej ciężko. Wspólne czytanie miało polegać na tym, że pani ręką pokazywała daszek nad głową, a na ten znak dzieci miały mówić "Franklin", by ona mogła dalej dokończyć zdanie z książki. Dzieci jedno przez drugie wykrzykiwały co się dało. Zaczął rodzić się hałas. Matki dzieci nic. Plotkowały w tyle księgarni o tym, które ma droższy strój. My w połowie czytania przeniosłyśmy się na osobne krzesełko by poczytać do uszka inną książkę. Kolorowanki przyniosły jeszcze więcej hałasu. Dzieci (określane dalej "dziki") rozwrzeszczały się jeszcze bardziej. Mimo zachęt, Biśka była bardziej zaabsorbowana dziakmi niż kolorowanką. Nie chciała kolorować, więc ponownie wycofałyśmy się na krzesło czytać swoją bajkę. Matki nic. Co gorsze - puszyły się, że ich dzieci wrzaskiem się przepychają do kredek. Wyciągnęły fotkomaty, pchały się w tłum by swoim wrzeszczaczom robić zdjęcia. Leciały do kredek by to ICH dzik miał najpiękniejszy rysunek. Karciły dzieci, gdy te chciały użyć złego koloru na czapkę czy skórę Franklina. Jedno dziecko z tego powodu płakało. Matka je zbeształa, bo przecież NIE WOLNO mu płakać. Miało teraz ślicznie kolorować, bo Kasia i Igor kolorowały skorupę na brązowo. Przyszedł czas na Franklina. Wiedziałam, że mała czeka na niego pół dnia i koniecznie chce go zobaczyć. Gdyby jej nie zależało, to na czytaniu bajki chciałaby iść do domu. Widziałam jak błyszczą jej oczy. Odważyla się wyskoczyć na środek i powiedzieć "Idzie! Idzie Franklin!". Dzieci rzuciły się na przyjęcie żółwia. Za nimi tabuny wypindrzonych mam z aparatami. Moja mała próbowała się przebić. Cudem uniknęła stratowania przez orkę i jej orczysko. Uratowałam Biśkę. Niestety jako drobna istota zmuszona była stać na końcu wianuszka dzieci, z którymi przywitał się Franklin. Na szczęście żółw widział, że moja jest najmniejsza i okazał jej zainteresowanie, podał rękę i udało mu się dosłyszeć cichutką odpowiedź "mam na imię Gabrysia", mimo że Franek i Ania pchali się by ponownie złapać gościa za rękę. Czas na zdjęcia. Matki przodem. Ciągnąc dzieci. Niektóre płakały, że nie chcą. Inne się bały. Inne pchały zaraz za mamami. Moja bardzo chciała zobaczyć żółwia, ale została skutecznie odgrodzona od celu słupem mamowych nóg. Trudno. Poczekałyśmy na swoją kolej, aż mama A i mama B zrobią sobie zdjęcie z Franklinem zaraz po tym jak 4 razy opstrykały swoje pociechy. Przez hałas Biśka trochę stchórzyła. Umówiła się ze mną, że żółw nie może jej wziąć na kolana, a ten koniecznie chciał ;) Aby w ogóle mieć zdjęcie, szybko (zanim mama C i D się wepchną) wzięłam małą i zdjęcie mamy razem. Następnie pożegnanie Franklina. Biśka machała 'papa' jak najęta, mimo że jeszcze chciała troszkę popatrzeć na żółwia, który w końcu stał się widoczny (gdyż matki z zapchaną pamięcią aparatu poszył na tyły). Koniec. Szybko się ubrać, by jeszcze szybciej wyjść.

Nie wiem co mam myśleć... Nie myślę, że to źle, że moje dziecko nie krzyczy, nie pcha się. Że pozwalam jej kolorować tak jak chce, czym chce i czy w ogóle chce. Nie musi kolorować. Może się bać. Ja tłumaczę dlaczego nie ma powodu by się bać, a nie nakazuję czegoś na siłę. Nie chcę, żeby się wydzierała aby ją usłyszeli. Nie musi mieć najpiękniejszego rysunku, czy zdjęcia jako pierwsza.

A powinna?

Może tak trochę kurwa kultury?

Chamstwo. Tylko dlaczego ludzie są z tego dumni?

Przykro mi, że tak krótko widziała Franklina...

piątek, 26 października 2012, zmeczonasaska

Polecane wpisy

  • Deja vu.

    Od jakiegoś czasu zaczynam sobie przypominać dlaczego mam tak a nie inaczej zatytułowany blog. O 18 czuję się jakby stary radziecki czołg jeździł mi po głowie w

  • A może będzie chirurgiem?

    Mamy dwa koty ze schroniska (polecam z całego serca takich przyjaciół). Koty są niesamowicie łowne, więc średnio co drugi dzień przynoszą głównie myszy. Dlateg

  • Zaufanie do mamy.

    Gabrysia - Jutro wychodzę za mąż. Mama - Taaak? A za kogo? G - No, za jakiegoś tatusia. Jeszcze nie wiem. M - A, rozumiem. G - Ale muszę uważać, wychodzenie za

  • Dziennik pisany w sierpniu (odc. 1)

    1.Minuta - Idziemy, idziemy - wózek trząsł się w zniecierpliwieniu. Dokoła wyło, dzwoniło i piekło (piekło cały dzień, nie tylko o siedemnastej). Najbardziej u

  • Bajka Kulista Weekendowa

          Kulista Bajka potoczyła się wąską dróżką wśród pól, lasów i łąk. Cały czas miała w zasięgu wzroku horyzont. -O, przy tamtej brzozie st

Komentarze
2012/10/26 09:07:15
Mam podobne historie z moim synkiem - popychanie, zabieranie, wyrywanie. Wszystko za przyzwoleniem rodziców, albo przy takich, którzy udają że nie widzą. Zresztą sami rodzice zachowują się podobnie, widać to w każdym sklepie, urzędzie, czy gdziekolwiek. Jestem przerażona w jakim świecie żyjemy.
-
2012/10/26 09:40:28
Ja mam to na codzień na placu zabaw gdzie starsze dzieci biegają skaczą i nie uważają na mniejsze a rodzice nic, Kilka razy zdarzyło mi się zwrócić takiemu dziecku uwagę to wtedy rodzic zareagował- na mnie z gębą że czego się czepiam ech brak słów.
-
2012/10/26 09:57:58
Podzielam Twoje zdanie. Co tu więcej mówić - prostaków wszędzie spotkasz, nawet w takim miejscu jak księgarnia. :(
-
2012/10/28 13:43:47
NO ja miewam podobne dylematy. ALe zawsze dochodzę do wniosku, że fakt, że inni robią bydło to nie uzasadnienie dla obniżania własnych standardów. I mam szczerą nadzieję, że się nie mylę.

A spotkania z Franklinem zazdrościmy bardzo.
-
2012/10/29 14:10:24
Ja mam problem z czymś podobnym... Z wyrywaniem zabawek Zosi... Zosia w ryk i biegiem do mnie, a ja... nie wiem co robić, jeśli rodzic dziecka nie reaguje. Uspokojam, tłumaczę nieudolnie, że może tym razem ustąpić. A Zosiek wychodzi na beksę. Wolę beksę niż agresję. Ja już dość dawno zwracam Zosi uwagę na młodsze, mniejsze dzieci, że należy na nie uważać i delikatniej się obchodzić...
-
2012/10/29 22:20:56
aż szkoda mi się zrobiło tej Twojej małej Gabrysi bo to jakbym widziała swoją Meluśkę.
Wy poszłyście tam dla frajdy Małej,żeby przeżyła coś fajnego,zobaczyła żółwia.A te nawiedzone mamuśki poszły się podlansować jakie to one są zajebiste bo dziecku czas w księgarni zorganizowały.Ale najlepiej żeby dzieciak pięknie wyglądał,nie brudził się,pięknie rysował i szczerzył zęby do setnego zdjęcia.Co to za przyjemność dla malucha??Trzeba też dobierać przyjemności do swojego dziecka.Ja nie rozumiem..czy taka matka nie zna swojego dziecka na tyle,żeby nie zaczaić,że ono się do księgarni nie nadaje??że nie umie się zachować w grupie??Że nie potrafi się skupić nawet chwili.Pcha tego dzieciaka na siłe i tylko właśnie takim maluchom jak Twoja psuje frajde.Dzieci nie są winne.To niektórzy rodzice nie potrafią wychowywać. Wytłumaczyć. echh ręce opadają :/
-
2012/11/01 22:19:46
Ale że co? Że miały te dzieci przodem Twoją malutką przepuścić?
Może wbijam kij w mrowisko ale z dużą rezerwą podchodzę do tego typu krytyki. Bo poza mamami na wybiegu (ok. też takich nie lubię) grozisz też palcem dużym dzieciom co to ryczą i biegają w kółko.
Wiesz, taka dzikość dzieci to nie zawsze wina rodziców. Moje dzieci też wszędzie biegają, skaczą, wchodzą na stoły, nie usiedzą chwili i do tego wydają odgłosy paszczą. I starszak nie przepuści swojej malutkiej siostry, bo on też bardzo chce robić to co akurat robi ona. Nie przepuści, popchnie, odtrąci - mimo że powtarzam jak mantrę, że tak się nie robi, że ona jest malutka, że nie rozumie, że on, duży prawie czterolatek musi tej małej pomagać. I co? I nic. Dzieci wiedzą swoje. Przecież nie moge za nim biegać i mówić usiądź, nie lataj, nie krzycz... Zwłaszcza jeśli wokół są inne dzikie dzieci.
Może masz szczęście do posiadania dziecia, które dzikie nie jest i potrafi w iejscu z książeczką wysiedzieć - gratuluję zatem.
Ja - nie będąca rodzicem "na wybiegu" i próbująca dobrze wychować swoje dzikie dzieci, staję w obronie dzikusów i barbarzyńców co to ośmielają się biegać i hałasować.
I nie piszę tego złośliwie. Pozdrawiam.
-
2012/11/03 17:13:53
A to się babeczko oburzyłaś ;)
W powyższym wpisie nie ubolewam nad tym, że dzieci nie puszczały mojej przodem i nie ustawiały się grzecznie w rządku od najmniejszego do największego.
Opisuję głównie durnotę rodziców w księgarni. Zainteresowanie matek plotami zamiast dziećmi i ich zachowaniem. Piszesz, że powtarzasz im jak mantrę, aby się nie popychały. Fajnie. Ja zwróciłam uwagę na zupełny brak reakcji matek, które w tym czasie się licytowały, która ma ładniejsze kozaki. Zamiast zainteresować się swoim dzieckiem, z którym Pani z księgarni nie dawała sobie rady - ta babeczka chciała im czytać bajkę, nie była tam po to aby użerać się z dzikami. Wszyscy wiedzieli po co idą na spotkanie z Franklinem. Jeśli ma się dziecko, które nie umie słuchać bajki, to po co je taszczyć do księgarni? W tym przypadku myślę, że chyba tylko dla osiedlowego lansu matek...
Nigdzie nie grożę palcem dzieciom, które płakały. Wręcz przeciwnie - wyśmiewam kobietę, która spowodowała płacz u swojego dziecka przez zmuszanie go do użycia odpowiedniego koloru kredki na czapkę żółwia. Aby zapewne sąsiadki matki się nie śmiały, że ona ma 'głupsze' dziecko, bo Franklin ma przecież czapkę czerwoną. Absurd. Dodatkowo dla mnie to głupota doprowadzić dziecko do płaczu, a następnie wmawiać mu, że nie wolno płakać.
Na koniec piszę o durnocie kobiet, które wiedząc, że spotkanie z Franklinem jest przeznaczone dla dzieci pchały się jak kozy na pastwisko, aby SOBIE porobić zdjęcia z postacią z bajki. Zupełnie nie zwracając uwagi na to, że swoimi zadami zasłaniają przyjemność komuś, dla kogo skierowana jest atrakcja.

Charakteru mojego dziecia nie będę tu opisywać. Sporo jest o tym w dalszej części bloga. Niepotrzebnie się naprodukowałaś z tymi gratulacjami ;)
Znam swoje dziecko na tyle, że wiem, do jakiego miejsca się nadaje, a do jakiego nie. Nie wrzucam jej na wybieg dla małp, bo wiem, że póki co starsze dzieci ją rozjadą. Proste. Zawsze mi się wydawało, że księgarnia to nie zoo. Rodzice zabierając dzika do księgarni powinni mu wytłumaczyć, pokazać, nauczyć jak tam należy się zachować, albo zamiast do księgarni, iść z nim na plac zabaw.
Piszesz, że dzieci i tak wiedzą swoje. Ale od tego są rodzice, żeby jednak prostować dziecko. Czy nie będzie Ci wstyd, jeśli zabierzesz dzieci do kościoła, a ona wybiegną na środek krzycząc "ksiądz to głupi chuj!". I co. I nic? jak to piszesz? (haha przykład z kościołem bardzo losowy - nie jestem nawiedzona)
Pozdrawiam
-
2012/11/03 17:20:26
Reszta komentujących jakoś zrozumiała o co mi chodzi ;)
Aż musiałam sobie przeczytać wpis i komentarze po 2x, żeby się upewnić, że to na co chciałam zwrócić uwagę, jest czytelne
-
2012/11/07 10:47:59
Z jednej strony się z Tobą zgodzę, nie ma co na siłę wymuszać na dziecku chęci bycia najlepszym, pierwszym, głośniejszym. Podoba mi się Twoje podejście do wychowania córeczki. Jednak zastanawiam się, czy w dzisiejszym (dorosłym) świecie nie o to właśnie chodzi, żeby się przepychać, przekrzykiwać, licytować, rywalizować we wszystkim (?) Zastanawia mnie, czy dzieci wychowywane spokojniej, łagodnie, bez przymusu a z pewną dowolnościa, nie wyrosną na ułomne, nieprzystosowane do tego zwichniętego świata? Mam nadzieję, że nie i oby jak najwięcej było takich dzieci i rodziców to rozumiejących.
-
2012/11/09 23:12:01
@ Mych - ja jestem zdania, że jak będzie trzeba się przepychać, to mała się nauczy. Póki co chcę jej zapewnić beztroskie, szczęśliwe dzieciństwo (jakiego sama doświadczyłam i wcale ułomna się nie czuję ;) ), a nie już szkolić terminatora, który szturmem osiągnie każdy cel. Jeszcze się zdąży nauczyć brać udział w wyścigu szczurów jaki my dorośli ciągle doświadczamy... Staram się uczyć ją rozwiązywać problemy z gracją, inteligencją i sprytem, a nie krzykiem i siłą.
Zmęczona Mama

Wypromuj również swoją stronę Daisypath Happy Birthday tickers