RSS
sobota, 16 września 2017

Myślę i zaglądam do Was ciągle.
Jestem jestem. Siedzę sobie tu cichaczem.
Zbiera się wena we mnie, bo mam wrażenie, że po głębokim spadku formy, prawie rozwodzie (ach ten mój niewdzięczny mąż), nerwicy lękowej z którą zawzięcie walczę, pobycie w szpitalu z odwodnieniem po rota- i adenowirusach i paru innych przygodach, potrzebuję znów nawiązać kontakt ze światem.
Coś mi podpowiada (przypuszczam, że to dobra pamięć ;) ), że tu znajdę dużo więcej szczerych ludzi niż na moim osiedlu.

Z dodatkowych nowości - córa jest w 2 klasie podstawówki. Poziom fałszywości koleżanek powoduje, że mam ochotę walić ich głowami w mur. Pokryty stalowymi kolcami.
Młody 3 latek miał iść do przedszkola, ale otaczające nas mamy i ekhm.. teściowa, tak często i natrętnie zaczęły maglować temat przy nim i do niego, że w 3 dni biedak zaczął się silnie jąkać ze stresu. Koszmar. Na 3 słowa w zdaniu jedno się wielokrotnie haczyło. Dopiero uciszenie otoczenia i spokojne zapewnianie go, że nie pójdzie do przedszkola zaczyna przynosić efekty i syn zacina się mniej.
I mój najważniejszy kot nie wrócił zimą do domu. Kolorowa Hanka zapadła się pod ziemię. Do dziś trzymam jej legowisko nie ruszone. Co wieczór nowej, takiej najbiedniejszej, bez szans na adopcję, najbardziej schowanej w schroniskowym kącie kotce powtarzam, że pewna bardzo wyjątkowa kotka się poświęciła, aby ona mogła spać w domu swoich marzeń.

I znów. Znów zapewnienie, że będę pisać. Trzymam się za słowo. 
Jest tu ktoś jeszcze?

22:16, zmeczonasaska
Link Komentarze (4) »
niedziela, 18 grudnia 2016

Od jakiegoś czasu zaczynam sobie przypominać dlaczego mam tak a nie inaczej zatytułowany blog.

O 18 czuję się jakby stary radziecki czołg jeździł mi po głowie w prawo i w lewo w prawo i lewo i jeszcze sto razy. A muszę z tym żyć jeszcze kilka godzin.

Młody wszedł w ten jakże barwny wiek określania własnego zdania i upartego demonstrowania go światu.
A jego ulubionym sposobem na to jest niechęć do zmiany pieluchy. Przed wyjściem, po kąpieli, po czymś grubszym, przed drzemką, po drzemce, po nocy i po przelaniu.

Cyrk trwa mniej więcej 1 - 1,5 godziny, przy czym delikwent wytrzymuje na pełnych obrotach cały czas, a rodzice maksymalnie 20 minut, po czym muszą się zmienić, aby klient nie został wystawiony na mróz w stroju Adama w celu szybszego opamiętania się.
Nawet posunęłam się do rozwiązania najtrudniejszego w wykonaniu - przejścia na nocnik. Brak rezultatów, jeśli nawet nie gorzej. 

W życiu nie widzieliście tak upartego typa. I nie słyszeliście tak głośnych sprzeciwów. Szczerze zastanawiam się nad kupieniem stoperów, albo chociaż wyhodowaniu sporej ilości miodku w uszach, aby uratować głowę przed eksplozją.

I każdy wieczór poświęcam na zastanawianiu się ile to jeszcze potrwa (i czy nie zacząć ładować sobie czegoś na uspokojenie. Najlepiej dożylnie)

Żadne rady nie pomogą... Próbowałam wszystkiego.
WSZYSTKIEGO.

Tylko spokój może mnie uratować. Ewentualnie dobre wino lub dwa.

Tagi: dziecko
00:19, zmeczonasaska
Link Komentarze (3) »
środa, 09 listopada 2016

Dziś nie będę zrzędzić, bo dzieci padły przed 22 (choć ten mały zasypiał 45 min...)! 

Dziś Wam się pochwalę moimi dziećmi mniejszymi, na wypadek gdybyście chcieli powiększyć rodziny, a nie byli zdecydowani ;)



Jedynka - Hania.

Najstarsza, adoptowana ze schroniska ponad 3 lata temu w wieku ok 9 miesięcy. Przyjechała z bratem, zestresowana na maxa - tydzień siedziała za kanapą... Przeżyła u nas najdłużej. Najwierniejsza z całej gromadki. Bezproblemowa, bezszelestna, moje oczko w głowie, chodzi, je, śpi, przychodzi na mizianki i doskonale wie kiedy pocieszyć jak mi źle :) ucieka przed dziećmi i gardzi wszystkimi poza mną. Dużo czasu spędza w zlewie lub wannie, przez co trzeba biegać na górę aby skorzystać po ludzku z toalety.

Hania

 

Dwójeczka. Kitka.

Znaleziona w necie jako przyszła towarzyszka Hanki pogrążonej w żałobie (brat został otruty) w wieku ok 6 mieisęcy. Mała, szalenie delikatna wariatka. Łapie myszy, ptaki, jaszczurki, muchy, komary i resztę kociej ekipy za uszy. Pierwsza do zabawy z dziećmi patykami, nitkami, piłkami, chwastami. Lubi każdego niehałasującego gościa. Mruczy głośno jak traktor i często budzi mi tym dzieci ;) śpi z nimi zaraz po tym jak wymyje im włosy. Najczęściej czas wolny spędza na skakaniu po drzewach, albo podkradaniu mięsa młodemu.

kitka

 

Trójeczka. Antoni.

Adoptowany ze schroniska niecały rok temu w wieku ok 1,5 roku. Była z niego koszmarna bieda, sterroryzowana przez inne koty. Podrapany, pogryziony, poraniony, po operacji, wyliniały i szorstki. Aktualnie to gruby, wielki smok. Serce ma równie wielkie jak dupsko (na zdjęciu nie widać, bo to sprytny kot). Ignoruje wszystkich i wszystko. Jest mu obojętne gdzie leży, kto się kręci obok, kto go dotyka. Na imprezach rodzinnych kładzie się na kanapie i zajmuje minimum dwa miejsca. Stosunek do dzieci obojętny, z ukierunkowaniem na lubiący te małe stwory. Kradnie koce (nawet mój wielki 2x2 m!), żeby je wymiętosić i w nich zasnąć. Wiecznie żebrze o jedzenie. Podpija wodę ze stojących szklanek. Przegania agresywne sąsiednie kocury.

antoś

 

Czwóreczka. Czarny.

Przybłęda w wieku ok. roku liczony raczej jako pół kota, bo nie chce wejść do domu. Przyszedł latem bojąc się własnego cienia. Dokarmiany pozwolił się z czasem pogłaskać i już został przy nas. Melduje się na tarasie godzinę przed naszymi posiłkami. Za żadne skarby nie chce przekroczyć progu domu i się ogrzać, przypuszczam, że ktoś go mocno bił, stąd ten lęk. Capnięty ukradkiem, płacze, krzyczy i ucieka w kierunku najbliższego okna zrzucając wszystko z parapetu. Znosi myszy. Na zewnątrz chodzi za mną jak pies i kładzie się na stopach by głośno mruczeć. Kombinuję mu domek na zimę, żeby miał miły kącik do spania (choć pewnie śpi w szopie). Syn mówi na niego "inny kot" ;) szukałam mu domu, ale nikt go nie chciał.

czarny

 

W naszym domu mieszkały jeszcze inne 3 koty. Stanisław, kulawa Helenka i Rudy. 2 zostały otrute, a ostatni miał śmiertelny wypadek samochodowy... Bardzo za nimi tęsknię.

Wszystkie koty są kastrowane - nie popieram szerzenia bezdomności zwierząt, bo wystarczająco dużo widzę jej w schronisku. 

Strasznie żałuję, że nie mogę przygarnąć wszystkich bezdomnych futerek, dlatego jeśli zastanawiacie się nad nowym przyjacielem, to gorąco polecam wybrać się do najbliższego schroniska i uratować choć jednemu życie. Wdzięczność za to przerośnie Wasze oczekiwania, bo one nie zapominają jak tam jest. 

Każdego wieczoru patrząc na moich najmniejszych członków rodziny schodzących się do sypialni zaraz za mną, czuję ciepło, że dom jest w komplecie :)

 

wszystkie

 

Taaaak... Miał być szybki wpis, a jest już po północy i jutro znów się nie podniosę z łóżka ;)
Cieszcie się, że wyszedł krótki, bo jestem psychokociarą i mogłabym o nich pisać cały czas :D

Tagi: koty
00:13, zmeczonasaska
Link Komentarze (2) »
czwartek, 27 października 2016

Pewna 6-latka z klasy mojej córy od ponad roku nosi... Stanik.

Jej mama tłumaczy się, że dziewczynka wstydzi się rozbierać\przebierać (np. na w-fie), dlatego musiała jej go kupić.

Na własne uszy słyszałam, jak właśnie ta mama krzyczy, że "cycki Ci widać haha", gdy jej córka biegała bez koszulki latem wkoło spryskiwacza.

Dziś podczas przebierania się po w-fie ta sama dziewczynka śmiała się z mojej córki , że "ma duże cycki i jej wszystko widać".

Mojej było bardzo przykro, ledwo wytrzymała z płaczem do domu.

Aha... Ta dziewczynka "jest" najlepszą koleżanką Biśki...

 

Świecie - dokąd zmierzasz?

23:21, zmeczonasaska
Link Komentarze (3) »
sobota, 17 września 2016

No nie lubię.

Hałas, discopolowa muzyka, zgiełk, kolejki, przepychanka.

Dziś mieliśmy szkolno-przedszkolny festyn. I był to pierwszy festyn, który mi się spodobał!

Kłaniam się w pas organizatorom, bo odwalili kawał dobrej roboty. Nawet wczesna godzina (10.00) okazała się być zaletą, bo jeszcze udało się nam złapać ostatki słońca.

Atrakcje jak na zadupie miasta były zaskakujące!

Trzy dmuchane zamki (wcale nie takie drogie),  trampoliny z konstrukcją do której przyczepiało się dziecko, zabawy ruchowe z przeszkodami na boisku, mecz unihokeja dzieci vs rodzice, pokazy kickboxingu, rowery, znakowanie rowerów, malowanie twarzy, rysowanie, tańce, zumba, gigantyczne bańki, domowe lody, ciuchcia napędzana małym traktorkiem jeżdżąca po osiedlu (ale młody miał frajdę! Ba! ja też!), jeździki dla dzieci na wyznaczonym placu, ogromny wóz straży pożarnej, który można było zwiedzać i macać od lewej do prawej, w klasach badania specjalistycznym sprzętem (cholesterol, cukier, wady postawy, logopeda, ważenie, sprawdzanie tłuszczu, ciśnienia itd.), dwa ogromne szwedzkie stoły jedzenia (zupy, kremy, serki, owoce, warzywa, wyciskane soki, mleko, ciasta,  chlebki, kanapki z uzbieranymi warzywami z ogródków pobliskich ludzi), a nawet srebrna medalistka igrzysk olimpijskich w Rio i mega mistrzyni wielu kategorii w kajakarstwie Marta Walczykiewicz z rodzicami i stosem zdjęć do podpisania i rozdania! NO MEGA! I oczywiście, że udało się zdobyć autograf! ("patrz Biśka, to ta pani, którą oglądałaś jak ścigała się w kajakach w telewizji!").

autograf

Wyobrażacie sobie, że im się chciało przyjechać w wolną sobotę, przygotować to wszystko, ustawić, dograć, załatwić i jeszcze się uśmiechać?! Mistrzostwo!

Kręciliśmy się aż 3 godziny!

Młody po powrocie po prostu padł na pysk i buczał (wył jak obdzierany ze skóry i opętany przez szatana) dobre 45 minut z niezdecydowania czy chce spać, czy jeszcze dogorywać. Tego pana impreza przerosła ;)

Dlatego istnieje duża szansa, że polubię festyny jak utrzymają tak wysoki poziom, bo nie spodziewaliśmy się takiego rozmachu. Przypuszczam, że nikt się nie spodziewał, bo ludzie nie dopisali. Olali. No trudno.

Ale perełki się trafiły ;) Stałam przy ogórkach próbując dzieciom wepchnąć przekąskę, gdy podeszły dwie na oko 8 -latki. Wybierały owoce.
- Ty patrz! Borówki!
- Ojej, a one rosną w kiściach? Na gałązce?
- Są malutkie i ciemne, to muszą być borówki 
- Śmieszne, smakują trochę jak winogrono..
- Może to są winoborówki? (one tak całkiem serio...) Dobra, lecimy dalej.

To było winogrono... Tylko że nie sklepowe, tylko zwykłe, ogródkowe, małe, słodkie, zdrowe, bezpestycydowe, ciemne winogrono. Ciekawe czy wiedzą skąd się bierze mleko... ;)

Tagi: festyn
19:56, zmeczonasaska
Link Komentarze (4) »
wtorek, 13 września 2016

Sytuacja ze szkoły.

Poszłam odebrać Biśkę z Młodym. Młody jest bardzo samodzielny. I uparty. Jak osiołek. Jak sto osiołków. I głośny, gdy ktoś narzuca mu inne zdanie niż jego.

Sam ubrał laczki siostry tym razem odwrotnie. Z doświadczenia wiem, że nie należy w to ingerować jeśli się nie chce za chwilę łykać tablety na ból głowy.

Zanim doszłam do szatni już dwie matki "uprzejmie zauważyły, że ma kolorowe butki nie na tych nogach co trzeba". Na szczęście, żadna nie dodała, że legendy głoszą, iż komuś kiedyś powykrzywiały się od tego stopy. Może gdyby trafiła się jakaś babcia, to ta uwaga by była nieunikniona ;)

W szatni natomiast trafiła się 7-letnia perełka:


Ona - Ojej, on ma źle założone buty!
Ja - Tym razem mu się nie udało, ale bardzo stara się być samodzielny i kiedyś założy je tak jak wszyscy.
Ona - O, a to są różowe buciki!
Ja - tak, wiem. Są w różowe wzory i mają doczepionego ślicznego kwiatka. Również różowego.
Ona - A dlaczego on takie nosi?
Ja - Bo to buty siostry. Bardzo je z tego powodu lubi.
Ona - Aha! Pewnie nie ma Pani pieniędzy na nowe i dlatego nosi buty po siostrze?

Tabum tsss

17:31, zmeczonasaska
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 12 września 2016

Mieszkamy na zadupiu miasta.

Strasznie mi dziś było żal młodego (już 2 lata). Biśka (już 6 lat) chodzi do szkoły i dziś mieli apel. W związku z tym poszła ubrana w spódniczkę, bluzkę, no na galowo. Alex uwielbia robić WSZYSTKO tak jak siostra, więc również ubrał się w spódniczkę. Możecie sobie wyobrazić jego rozżalenie, krzyki i płacz, jak próbowałam mu wytłumaczyć, że w spódniczce jednak go nie puszczę :(

Szczerze? Gdybym mieszkała w wielkim mieście, wisiało by mi to koło tyłka... Ba, gdybym to ja zaprowadzała Biśkę do szkoły, to również by mi to dyndało. Jednak świadomość, że niewyspany tata nie odeprze ataków szczekaczy sprawił, że skapitulowałam... I syn został w domu. Płakałam razem z nim. Z niemocy. Z głupoty, że daję się wciągnąć w szablony wsioków.

Młody ma długie włosy i czeszę mu kitki, bo chce mieć włosy tak jak córa. Codziennie słyszę, że powinnam mu obciąć włosy, to by wyglądał bardziej jak chłopiec. Serio? Musi?

Młody ma ponad 2 lata i ciągle karmię go piersią. Temat tabu. Jestem dziwadłem. "Krzywdzę takie duże dziecko. Pewnie mam tam tylko wodę. Powinien już jeść same stałe posiłki. Powinnam mu dać butlę z (chemicznym) mlekiem modyfikowanym". Mam coś za darmo, coś najzdrowszego w tym chorym świecie pestycydów i muszę dać flachę? Może Kubusia Waterrr? Serio?

"Ojej, myślałam, że to dziewczynka" - every fucking day!

Weźcie się ludzie zajmijcie swoimi pociechami!

12:30, zmeczonasaska
Link Komentarze (9) »
piątek, 16 stycznia 2015

Tam zawsze jest świeża woda, micha pełna chrupek, nowo wyciśnięta mięsna saszetka, a w czwartej misce drobno pokrojone surowe mięso najwyższej jakości. Wszędzie są piłki i piórka do zabawy. I ręce skore do miziania i głaskania. Nawet buziak się przytrafi. Można spać gdzie się chce, wchodzić gdzie się chce, robić co się chce.

Prawie jak u nas w domu...

Dziś mój kot poszedł sprawdzić jak jest za tęczowym mostem i nie udało mu się do mnie wrócić...

Mój dobry Stasiek. Tak mi smutno...

Tak po prostu. Wyszedł jak zwykle wieczorem, nie wracał na wołanie, co mu się czasem przytrafiało, a rano leżał zimny na podwórku. A tyle razy siadałam do wpisu, w którym wszyscy poznają moje oba schroniskowe futerka i nie zdążyłam. To chociaż ostatnie Staśkowe zdjęcie.

Stasiek

Baw się tam dobrze futrzaku...

Tagi: koty
16:48, zmeczonasaska
Link Komentarze (9) »
środa, 31 grudnia 2014

Według zabobonów mój rok 2015 wygląda bardzo kiepsko.

W Wigilię pokłóciliśmy się z moją mamą, którą do nas zaprosiliśmy. W połowie wieczoru pojechała do domu po dość ostrej kłótni i morzu łez. Przebeczałam resztę Świąt. Od tego czasu wymieniamy dwa, trzy smsy dziennie (dawniej dzwoniłyśmy do siebie codziennie).

A podobno "jaka Wigilia, taki cały rok".

W Sylwestra udało mi się posprzeczać z mężem rzucającym palenie. A mama (nadal obrażona) wysłała mi życzenia noworoczne za pomocą Skype. Oddzwoniłam, co dało kumulację i kolejny powód do przebeczenia i tego dnia.

A podobno "jaki Sylwester, taki cały rok".

Hip hip hurra. Dobrze, że oficjalnie nie wierzę w zabobony. Szkoda tylko, że nie mogę się upić.

 

Dlatego życzę sobie i wszystkim wkoło roku, w którym nikt nie będzie nikogo wkurzał.

Tagi: życzenia
19:58, zmeczonasaska
Link Komentarze (7) »
środa, 10 grudnia 2014

Wszystkie Mamusie (i Tatusiowie też ;) ) znają tzw. badanie bioderek. Nic takiego – dziecko rozebrać od pasa w dół, położyć, lekarz obraca, pik pik, (zazwyczaj) „wszystko w porządku” i tyle. Czasem jeszcze kontrola.

Jak miliony kobiet w kraju, i ja zadzwoniłam do przychodni kilka dni po porodzie, aby umówić termin badania. Oziębła pani poinformowała mnie, że mają długie kolejki i trzeba czekać ponad 2 miesiące. Dziecko urodzone w połowie lipca, badanie ma mieć w październiku. Hmmm… USG powinno być wykonane w 5-6 tygodniu życia. Hmmm… No dobrze, poczekamy. Wszyscy czekają, bo w okolicy zamknęli 3 punkty badań, to i my będziemy cierpliwi. Dziękuję, do zobaczenia o 17:15 8-go października.

Nadszedł długo wyczekiwany dzień. Zawinęliśmy dwójkę dzieci, gdyż 4-latka jeszcze nie może zostać sama w domu i pojechaliśmy. Wytargaliśmy się z auta, znaleźliśmy przychodnię, doszliśmy do korytarza prowadzącego do gabinetu i stop. Ludzie. Dużo ludzi. Przejścia nie ma.

Ja – Przepraszam, Państwo na bioderka?
Ktoś – Tak.
J – Wszyscy??
K – Tak.
J – A szybko to idzie?
K – Średnio, ok. 20 min na osobę.

1, 2, 3, 4…. 15 osób przed nami. Hahahaha. Dobre 2-3 h z dwójką dzieci. 4-latka stęka po 15 minutach, dzidziuś po pół godziny. Nakarmię go chyba na suficie. Poszłam do rejestracji. Tam 7 osób. Starsze panie dzielnie stały w kolejce i pytały o największe pierdoły świata. Kapitulacja. Wróciłam po Ojca i najmłodszego. Mąż jeszcze zapytał w rejestracji jak to się dzieje, że byliśmy umówieni na daną godzinę, a mamy czekać ponad dwie. Okazało się, że „pan doktor widocznie przyjął kilku pacjentów z pilnym skierowaniem poza kolejką”. Pojechaliśmy do domu.

Nasza lekarka się nawet nie złościła, że olaliśmy chory system. Ale doradza mimo wszystko iść. Tym razem wybiorę opcję "prywatnie", mimo że należy nam się publicznie jak psu kiełbasa... Sprawa była już nagłaśniana w mediach. NFZ nie widzi w naszym regionie żadnych problemów. Taki mamy kraj.



15:39, zmeczonasaska
Link Komentarze (5) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 13
Zmęczona Mama

Wypromuj również swoją stronę Daisypath Happy Birthday tickers