|
poniedziałek, 14 maja 2012
Moje dziecię cierpi na jajozę wręcz zaawansowaną. Każde wyjście do sklepu musi skończyć się jajkiem niespodzianką. Dzieć już na liście komponowanej w domu rysuje jajo. Po wejściu do marketu kieruje się od razu pod kasy, gdzie mieszkają jaja. Gdy trasa ulega zmianie, nie zapomni się upomnieć pod koniec, że jeszcze koniecznie potrzebujemy jaja. Na szczęście pojmuje już fakt, że przed odpakowaniem "pani musi skasować, zrobić pik", a następnie przed zjedzeniem "musimy umyć rączki" czyli m.in. dotrzeć do domu (wpojenie tych zasad trochę czasu mnie kosztowało). Jajoza nie polega na uzależnieniu od czekolady, bo ta niekoniecznie bywa zjedzona. Polega na kolekcjonowaniu Gutków. Gutków mamy już całkiem sporo. Najlepsze są takie, co się za bardzo nie rozpadają, bywają w formie stałej, a już najbardziej gloryfikowane są te w postaci zwierzątek. Gutki są najczęściej mieszkańcami zagrody\domku układanej\układanego z rodzicem, bądź zostają ustawiane wg rodzaju\gatunku\koloru w kolejkę (dzieć mówi, że do kasy), bądź w kolejkę do jednego najważniejszego Gutka (dzieć mówi, że to kolejka po buziaczki - ?!? ;)).
Z moim facetem stwierdziliśmy, że należy ograniczyć jajozę, bo zdarzało się, że młoda łapała tyle jaj ile rączek ma i leciała z nimi do kasy. No bez przesady prawda? Ogólnie żałować dziecku jaja nie będę, ale tłumaczymy jej, że jeden dzień zakupowy - jedno jajo. Jeśli się idzie tego dnia ponownie do sklepu - jaja już nie można. Można np. lizaka. Wczoraj był dzień 'dwuzakupowy'. Na drugich zakupach Ojciec sterczał w kolejce po mięso, a ja zostałam zatachana pod kasy. I wplątałam się w dyskusję z dzieciem, który dopadł już cel. Zupełnie nie przejmując się spojrzeniami ludzi, którzy karcili mnie wzrokiem w stylu "żałuje dziecku jajka", odbywam rozmowę: M - Biśka, dziś już jajo było, nie bierzemy drugiego. G - Nie nie M - Odłóż jajko, weź lizaka i idziemy. G - Jajo. M - Ja mam sporo czasu, możemy sobie tu dyskutować. Odłóż jajko, dziś już jedno dostałaś. G - Jajo. Wtem słyszę jakąś babeczkę: - Dzieci już tak mają. Muszą zjeść chyba tysiąc tych jajek żeby im się znudziły. Też przez to przechodziłam, niech się Pani nie przejmuje, niedługo to przejdzie. Zatkało mnie! Zabrakło mi języka w gębie. Ktoś kto rozumie! I nie dziwi jak szpak w 50 groszy na dyskutująca matkę! Zatkało też chyba młodą, bo odłożyła jajko i poszła oglądać breloczki ;)
piątek, 11 maja 2012
Mamy 13:30 - małe ma drzemkę. Bilans od 8 rano: - 12 ryków dziecia (w tym 8 z łzami) - 2 ryki mamy (oba szczere z bezradności). To już nie bunt dwulatka. To efekt 5 dni u teściów bez mamy (haha że mama odpoczęła? ależ skąd - leżała plackiem chora - nie może być lekko). Przez ten czas Biśka nauczyła się: 1. Samodzielnie otwierać lodówkę i w niej grzebać. Dzięki czemu codziennie mam ryk, gdyż nasza lodówka (jak u teściów) jest niska, a zamrażalnik jest do góry. Dziś po powrocie z balkonu gdzie rozwieszałam pranie zastałam mleko i ketchup rozbabrany na podłodze. Tłumaczę, dlaczego nie wolno - kumanie idzie opornie... i głośno. 2. Uciekać z pełną pieluchą. Dzięki czemu wczoraj odparzyła sobie tyłek. Kolejne ryki. Tłumaczę - kumanie idzie opornie... i głośno. 3. Lamentować. Z każdego powodu. Że babeczki muszą urosnąć w piekarniku, że kocyk jest wyprany i musi wyschnąć (nie udało mi się go ukryć po praniu), że chce bajkę, że chce, ale jednak nie chce na spacer, że spodnie nie te, że chce kurtkę na upał, że nie chce chować łóżeczka do szafy w którym od dawna nie śpi, że nie chce spać itd. Swędziiii mnie ręka... !!! Wcześniej delikatnie mówiłam teściowej, że mała jest marudna i ciągle jęczy, to usłyszałam zdziwione "u nas ciągle jest zadowolona". Poczułam się trochę jak wyrodna matka. Teraz dobitniej "żaliłam się" (skarżyłam), że Biśka jest rozpuszczona jak dziadowski bicz, usłyszałam zadowolone magiczne "bo u nas Bisia rządzi i może wszystko". (Miłą mam teściową, ale moim skromnym zdaniem spod jej skrzydeł wychodzą dzieci rozpieszczone, z którymi później męczą się inni...) Padam. Najchętniej przez najbliższy miesiąc nie jechałabym do domów rodzinnych. Niestety ślub już za miesiąc i trzeba jeździć, bo samo się to nie ogarnie. Na to wszystko na samej górze siedzi stres mój i faceta związany ze zmianą stanu cywilnego, w związku z czym co drugi dzień się "docieramy" :] Niech już będzie po wszystkim.
czwartek, 26 kwietnia 2012
Info - to tak na wypadek, gdyby jakaś mieszkanka\mieszkaniec Poznania tu zaglądająca\cy zapomniał, nie wiedział, nie słyszał :) albo okoliczni mieli ochotę wpaść ;) a tu jeszcze link, a co! Poznań za pół ceny Pogoda ma dopisać, czas ma się znaleźć, szaleć trzeba :)
PS. Czy ktoś może mnie oświecić jak się zamieszcza link w postaci jakiegoś wyrazu? Że tu tak ładnie będzie słówko, a po kliknięciu go, człek przeniesie się pod 'ukrytego' linka? -> EDIT podziękowania zonie.oburzonej za wyjaśnienie :)
środa, 25 kwietnia 2012
Co zrobić, gdy pada deszcz, a mama jest zmarzluch i nie ma zamiaru moknąć na spacerze? Ano można zrobić deszcz w domu:
Mama narysowała chmurę i grzmoty, a małe darło papier z gazety (pocięty w paski) i naklejało krople. Ubaw był, a paluszki sobie poćwiczyły. Szkoda tylko, że to zajęcie na 30 minut ;) W związku z rozwijającym się uzależnieniem córy od YouTube'a zakupiłam książeczkę z pomysłami na zabawy i działam.
Kolejnym zajęciem był eksperyment "nauczanie siusiania". Gabiśka się zbuntowała i nie chciała założyć pieluchy, więc zaproponowałam jej przyodzianie majtek. Ustawiłam tron na środku pokoju i dałam wykład na temat chęci siusiania i robieniu tego w nocnik. Przekonująco kiwnęła głową, więc dostała pozwolenie na ruch. Długo to nie trwało słyszę "SIIIISIIIIII!" Zerkam i widzę... Widzę uśmiechnięte małe nad kałużą. Dumnie pokazała mi swoje siu siu na dywanie. :] Przebierka, drugi wykład i obserwuję... Wtem małe leci do nocnika, ściąga majty i robi co trzeba tam gdzie trzeba. OWACJE! Bardzo krótkie, bo młoda poleciała siknąć jeszcze w kuchni... :D Masz babo mokro w domu, skoro nie chciałaś wyjść na spacer w deszczu ;) Na założenie majtek się już nie zgodziła i uciekła. Trudno. Pielucha na tyłek i tyle. To jeszcze nie teraz ;)
piątek, 20 kwietnia 2012
Myślałam, że wypisałam wszystko co mi siedzi na głowie, jednak doszło jeszcze coś... Mała po umyciu rąk po obiedzie, postanowiła dziś wyjść z łazienki na czworaka (nie mam pojęcia dlaczego), ręka jej się ześlizgnęła i z wielkim impetem rąbnęła o metalową listwę - tak, dziubkiem. Język dwoma jedynkami przegryziony prawie na wylot... dziurę ma ogromną, a na prawdę nie bywam przesadną panikarą. Do wieczora zjadła 2 łyżki jajecznicy i 2 kefiru, a trasa 1,5 h którą przebyliśmy była istną masakrą. Na szczęście jakoś niedawno zasnęła (3h po swoim stałym czasie). Strasznie mi jej żal :( Pocieszam się zdaniem wujka Google, który mówi, że nawet głębokie rany na języku szybko się goją. Dzieć nie lubi dzieci. Na placu zabaw bawi się sama, albo taszczy mamę za rękę ;) Gdy podchodzi do niej rówieśnik\rówieśniczka i chce się przytulić, odpycha go\ją (zdarzyło się jej uderzyć w ryk przez namolnie klejące się dziecko), nie chce podać ręki, nie powie jak ma na imię. Nic z tych rzeczy. Przypuszczam, że zraziła się przez jakieś ADeHaDowskie spotkane przypadki. Chodzimy na plac zabaw codziennie, aby małą oswoić z innymi , lecz rozmowa zawsze jest taka sama: M: Gabrysia, idziemy na plac zabaw? G: Tak. M. A będziesz się bawić z dziećmi? G: (ton bardzo uprzejmy) Niiiie. M: A z kim będziesz się bawić? G: MamOM. Oczywiście nic na siłę, ale znalazłam w okolicy zajęcia dla dwulatków, może polubi dzieci jak zacznie z nimi kleić i tańczyć. Grunt, że ich nie bije, choć czasem niektórym by się należało ;) A poza tym, to mamy istny młyn. Ja co 2 dzień jeżdżę na uczelnię, bo pojawił się prowadzący z Białorusi i robi mam semestr w 2 tygodnie. Inne zaliczenia stoją w miejscu tak jak ja w korkach, bo Poznań przekopuje całe bebechy na lewą stronę na to cholerne Euro (wrrr!!!). Dodatkowo, aby się nikomu nie nudziło próbujemy wyrobić się z organizacją wesela w czerwcu, ale idzie opornie - nie mam jeszcze nawet sukni, a o wszelkich detalach nie myślę wcale. Muszę dotrzeć z małą na bilans dwulatka, bo skoro wczoraj licznik jej skoczył, to wypadało by się pokazać u lekarza. 1-go maja mamy malutką rodzinną imprezę urodzinową Gabrysi, którą też trzeba ogarnąć. Jeszcze praca w "wolnej chwili", aby było na czynsz, oczywiście codzienne obowiązki, a no i dyplom... taaaa dyplom... :]
* "świetnych pomysłów" można zamienić na "do zrobienia"
sobota, 07 kwietnia 2012
Nie jestem zawzięcie praktykująca, ale Wielkanoc najbardziej kojarzy mi się z Bogiem, dlatego
Z okazji Świat Wielkanocnych życzę wszystkiego tego, co od Boga pochodzi. Oby skrzydła wiary przykryły kamienie zwątpienia i uniosły serca ponad przemijanie.
I oczywiście życzę czegoś, o co chyba najciężej - spokoju i zdrowia :)
sobota, 31 marca 2012
Poszłabym gdzieś (o dziwo mam ochotę na plac zabaw), a tymczasem ktoś sobie robi ewidentne jaja. Co to jest to za oknem się pytam?! Głowę chce urwać, tchu nie idzie złapać, co 10 min pada na przemian deszcz i śnieg i jest zimno. Ja rozumiem, że kwiecień może poprzeplatać, ale bez przesady?! Istna złośliwość. Połechtało nas ciepełkiem i tu taki cyrk nagle. A kurtkę zimową już wyprałam i schowałam. I mam się z nią przepraszać? O nie. Siedzę w domu i dostaję rogów. A co gorsze większych rogów dostaje dzieć. Szukałam poprawiaczy humoru i znalazłam pewną nowość na rynku: Z dziubem ucieszonym zasiadłam sobie wczoraj przed pierdołami w tv mając nadzieję, że sobie pochrupię tańszą wersję NicNacków czy jak to tam się zwie i... Oczy otwarły mi się równo z otwarciem paczki...
I przysięgam, że żaden zwierz, który byłby sprawcą tak małej ilości chrupek, z wnętrza nie wyskoczył. Było ich tam może 28 sztuk. Niby piszą, że 70 gram, ale poczułam się wydymana bez mydła widząc mały kopczyk na 1\4 paczki... Do tego smakuje jak czysta chemia. Nakarmiłam tym świństwem kosz, który mimo mojego zdziwienia tym nie pogardził i wygrzebałam wino. Chcę słońca, ciepła i bezwietrznej pogody. Ładnie proszę!
środa, 28 marca 2012
A wypadałoby dać znać, że żyję ;) Coś sobie ostatnio za dobrze radzę. Wysypiam się, bo mała przesypia całe noce i chodzi spać ok. 21. Rano piję kawę bez krzyku, bo mała sama je śniadanie w tym czasie (Niech żyje metoda BLW!). Dalej wszystko jak w zegarku - kupa, spacer, bieżące zakupy, sprzątam, robię obiad, drzemka małej, jemy obiad, przyjeżdża Tata, bawimy się, jemy, kąpiemy i idziemy spać. Z dzieciem idzie się dogadać. No żyć nie umierać. Tylko dyplom, którego prawie nie tknęłam spędza mi sen z oczu... Tylko buda powstrzymuje mnie jeszcze od kolejnej ciąży, która chodzi za mną ostatnio jak ten odkurzacz za babeczką w reklamie miniratki...
czwartek, 08 marca 2012
Mała biega po domu i krzyczy "pipka! pipka! kupka! pipka! kupka! pipka!" Próbuję się dowiedzieć o co chodzi mając nadzieję, że nie wie co mówi - nic z tego. Nie potrafi mi wyjaśnić o co chodzi, więc czekam na Ojca. Przybywa i dowiaduję się, że mój facet próbował nauczyć córę mówienia jak Tata ma na imię. Ojciec ma na imię Piotrek ;) |
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Podczytuję...
| |||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||