RSS
piątek, 28 września 2012

Biśka zakrada się do ojcowskiego talerza:

G - Ukradnę Ci!

T - A proszę bardzo, częstuj się.

G - Dzięki. (przerwa, bo przeżuwa) Słodki jesteś Tatku.

I uciekła ;)

Tagi: dziecko
16:07, zmeczonasaska
Link Komentarze (1) »
sobota, 22 września 2012

Mama - Gabrysiu, jedziemy do Poznania niedługo.

G - Nie nie... Zostańmy. Dłuuuugo u babci.

M - Ale babcia musi popracować, a my mamy przecież tam swój domek.

G - Nie nie. Ja zostanę. Na zawsze tutaj. Z Tobą.

 

Od ponad tygodnia siedzimy u mojej mamy. Zrobiłam sobie "wakacje". Z Biśką mamy czas tylko dla siebie. No... dobra, dobra.. jak nudzimy się sobą, to młoda siada przed bajką, a ja biorę się za gary i ogarnianie jublu jaki robi owa dama ;) Fajnie.

Ale wakacje się kończą i jutro do Poznania. I będziemy się bawić tam. Dzieć się prostuje, ustawia się już lepiej. Kilka razy udało nam się wytrzymać cały dzień bez drzemki i córa zasypiała na amen o 20-20.30! Nadal kocha smoczki, bajki i wali w pieluchę (nie nie, tego tematu póki co nie wałkuję ;) ). Gada jak szalona, uśmiecha się szeroko, przytula mocno i to mi pasuje.

My - rodzice - w tym czasie planujemy kolejne wielkie rzeczy. Remont kapitalny naszego bardzo bardzo bardzo starego domu, "ucieczka" z Poznania i przeprowadzka 130 km, nowa praca męża, nowa ciąża z zaplanowanym porodem na wrzesień - październik (aby Biśka mogła być wtedy w przedszkolu jakiś czas), choć powiem szczerze, że bardzo się ociągam z tą decyzją... Tak, wiem, plany zawsze wydają się proste.. Ale świat znów trzeba wywrócić do góry nogami. Coś trzeba robić, aby nie myśleć o nadciągającej przygnębiającej zimie. Brrrr

Tagi: dzieko
22:53, zmeczonasaska
Link Komentarze (5) »

Biśka podlewa kwiaty. Polała sobie spodnie i buty. Skarpety mokre a na dworze chłodno.

Mama - Bisiu, oj chyba się polałaś.

G beztrosko - Maaaaamuś, nie psiejmuj nic.

M - A może pójdziemy się przebrać?

G uspokajająco - Maaaamuś, nie trzeba. Później. Później zmienimy. Nic nie psiejmuj. Nalej jeszcze. Szybko. Muszem podlewać.

No fakt. Dzieć chowu ziemnego. Nie ma się co przejmować ;)

22:41, zmeczonasaska
Link Komentarze (1) »
środa, 12 września 2012

E nie chodzi o ciążę ;) to musi trochę poczekać.

Biorę się za Biśkę.

 

Pogoda daje się we znaki dzieciowi? Albo po prostu miała dziś zły dzień? Albo urosły jej rogi?

Wstała za wcześnie.

Mimo to chcąc wprowadzić swą gadkę w czyn, postanowiłam podejść po raz kolejny do odpieluchowania. Nagadałam się pół godziny, ubrałam małej gacie bez pieluchy i czatowałam. Zapowiadało się na prawdę dobrze, bo zakomunikowała siku do nocnika i zrobiła. Jednak kolejne 3 poszły po kolanach. Następnie Biśka powiedziała, że szykuje się grubsza sprawa i zażyczyła sobie pieluchę. Nie pomogły prośby, przekupstwa i oferowanie ustawienia nocnika na złotym piedestale. Pielucha i już. Z przytupem. I tak skończyło się dzisiejsze odpieluchowanie. Ale będę próbować dalej.

Dałam jej spokój i zabrałam się za sprzątanie.

I słyszę:

- Mamoooooo! Herbatę! Super!

- Dobra, przynieś butlę.

- Nie. Ty weź.

Myślę sobie - Ooooo nie moja leniwa Pani. Młode nóżki w ruch.

- Ty przynieś do kuchni, to Ci zrobię.

I się zaczęło... NIEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEE. Koncert. Stanowczo za dużo decybeli, za dużo wyciskania łez, a na to wszystko kaszel i gile do kolan (Biśka jak płacze, a raczej 'płacze' to zaczyna się krztusić...). Ale to nie znaczy, że mam się na wszystko godzić. Dyskusja "Gabrysiu, proszę podnieś butelkę i przynieś" (i wiele innych) kontra "NIEEE" trwała bite 40 minut. Niestety. Przegrałam. Młoda się zrobiła czerwona jak rak, była roztrzęsiona i ledwo łapała oddech. Krztusiła się szlochając "Boję się pana!" (jakiego pana??? nie była w stanie powiedzieć). Musiałam sama sobie podnieść butlę, zrobić picie i wedle życzenia usadzić hrabinę przed bajką. I pomyśleć, że po prostu kazałam jej przynieść butelkę...

Osz cholera, za długo nie była wyłącznie pod moją opieką...

W ramach odpoczynku dla mej pulsującej głowy poszłam na drzemkę razem z córą.

Ciężko. "Nie było" mnie ledwo miesiąc a nie poznaję własnego dziecka.

Mam nadzieję, że wszystko jest do wyprostowania. Małymi kroczkami...

Tagi: dziecko
23:31, zmeczonasaska
Link Komentarze (12) »
sobota, 08 września 2012

Wypadało by się odezwać.

Duże, duże zmiany nastały. Zmieniłam mieszkanie, jestem w drugiej ciąży, rozwiodłam się z mężem.

Eee żartuję ;) Po prostu pisałam ten cholerny dyplom. Się wzięłam z kopyta, bo terminu oddania nie dało się przedłużyć w żaden sposób. Teraz uważam, że to dobrze, bo już oddałam co miałam. Oczywiście nie obyło się bez schodów, jak jazda po podpis promotora do Konina w dniu oddania, problemy z nieobecnością innych gadów, wyścig z czasem, wracanie się po zapomniany folder do wydruku, piknikowaniem na uczelni z młodą i jeszcze hoho pełno tego. A na samym czubku góry siedziała Biska z Ojcem i tekstem "MAMO MAMO!" (choć w weekendy mi odpuszczali i jechali do babci).

Aż się wierzyć mi nie chce, że teraz została mi tylko nauka. Aż się głupio czuję, że nie muszę nigdzie kliknąć. Na szczęście nie długo. Dostałam pierwszy termin obrony - poniedziałek. TEN poniedziałek. Przestałam się już zastanawiać, czy to ze złośliwości tak wcześnie, czy z chęci pomocy, abym miała z głowy. ;)

 

wiz

(Muzeum Wody i przystań kajakowa - jedna pićsetna część dyplomu ;) )

 

Jako studentka jednolita zastanawiam się czy szykować jakiś poczęstunek komisji czy wystarczy zapchać ich ciastkami. Może ktoś podzieli się doświadczeniem? Pytam tych tu z którymi się bronię, ale jacyś nieogarnięci są. Dodam, że nie chcę robić szopek i taszczyć się z cateringiem, naręczem kwiatów czy aktami własności działek na Polance ;)

 

A u dziecia... Różnie. Bardzo różnie. Trochę ją zaniedbałam, choć na prawdę chętnie spędzałam z nią każdą wolną chwilkę i szlam na każde "Mamo zobacz!". Muszę się za nią zabrać i:

a) odpieluchować

b) odkelkować

c) odbajkować

d) przekonać do spacerów. Gdyż Biśka nie lubi wychodzić na powietrze. Woli się bawić w domu. Każde wyjście, nawet plac zabaw czy po bułki, poprzedzone jest ok. półgodzinnym buntem (te, gdy się spieszyłam na uczelnię w szczególności ;) ). Ubrać - nie, wyjść - nie, gwiazdkę z nieba - też nie. "Chcem zostać w domku!", "Jak skończem","Bawiem sie".

I bardzo się cieszę, że będę miała W KOŃCU na to wszystko czas.

 

PS. A dziś od rana wiercą. Sąsiedzi. A jakże by inaczej, skoro ja się uczę ;)))

Tagi: dziecko
11:08, zmeczonasaska
Link Komentarze (9) »
czwartek, 16 sierpnia 2012

Le siostra zaprosiła mnie do zabawy. A że zawsze mi się to podobało, to się skusiłam.

a

1. Nie prasuję ubrań ani moich, ani dziecka, ani męża. Nie lubię. Żelazko leży gdzieś na dnie szafy. Wyciągam je w bardzo ale to bardzo niezbędnych przypadkach.
2. W czasach licealnych byłam straszną chłopczycą - słuchałam hip-hopu, ubierałam szerokie spodnie, bluzy i chodziłam w kapturze na głowie ;) A w czasie studiów stwierdziłam, że hip-hop zszedł na psy i przerzuciłam się na muzykę klubową. W związku z czym ze znajomymi jeździłam na wszelkie eventy muzyki klubowej, takie jak Sensation White, Audioriver, Dancetination, ATB, Tiesto in concert. W czasie między eventami uprawiałam clubbing w Poznaniu ;)
3. Nie lubię tańczyć z kimś. Ani w parach, ani w za bliskiej odległości. Osoba próbująca ze mną tańczyć mi po prostu przeszkadza ;)
4. Męża poznałam przez grę online.
5. Nie lubię i prawie nie jem czekolady, słodyczy i lodów. Wolę mięso.
6. Mimo punktu 5, marzy mi się przytyć - Ważę 50 kg i mierzę 175 cm wzrostu a przy tym strasznie dużo jem. Gdyby to było możliwe, chętnie wykroiłabym coś chętnym i sobie dodała tu i tam ;)
7. Nie umiem kupować torebek i butów. Wg mnie wszystkie nie są "właśnie takie". Torebki wybiera mi siostra, a po buty chodzę z mamą haha :P

 

Do zabawy zapraszam (jeśli mają ochotę):

1. Nastusia81

2. Ela-ruda

3. Elulu

4. Martamelka

5. Agra1

6. Apiz

7. Darkmenowa

8. Hapsfuji

9. Mama_pietruszki

 

Podobno miało być 10, ale trudno ;)

Jeśli zaproszeni nie zauważą sami, po jakimś czasie zostawię im notkę w komentarzach :)

Tagi: zabawa
12:57, zmeczonasaska
Link Komentarze (14) »
niedziela, 12 sierpnia 2012

Mąż ogarnia pokój. Zaczyna monolog do mnie:

- Musimy sobie dziś poważnie porozmawiać na temat tych chusteczek (do wycierania dupki)
Czy są gdzieś tu 4 sztuki dzieci?
Haloooo dzieci! Wyjdźcie, nie chowajcie się!
Widzę 4 otwarte paczki chusteczek i tylko jedno dziecko. Gdzie reszta?
Kochaniutka, przygarnęłaś jakieś dzieci i ja o tym nic nie wiem?

 

Swoją drogą ciekawe, że gdy przewija dziecia, to zazwyczaj nie ma żadnej paczki pod ręką i prosi mnie o przybycie z pomocą ;)

Tagi: Mąż
16:37, zmeczonasaska
Link Komentarze (3) »
czwartek, 02 sierpnia 2012

Palimy se z mężem na balkonie. Ja strząsam popiół do słoika przy leżaku, on stoi przy poręczy, bo coś ogląda i strzepnął poza balkon (brzydko, no ale się już stało, zazwyczaj tak nie robi).

Z góry słychać babciny głos...

Sąsiadka - Musi sobie pan popielniczkę postawić i do niej rzucać a nie sąsiadom.

Mąż - (przytkany lekko, ale uprzejmy) Słucham?!

S - Musi sobie pan popielniczkę postawić i do niej rzucać a nie sąsiadom.

M - Aaa, dobrze, dziękuję.

Myślałam, że to koniec, ale nie nie... Nie z moim lubym. Tu trzeba dodać, że sąsiadka z góry jest stara, wredna i przede wszystkim głucha. I na sen o 21 włącza sobie radio (wiadomo jakie) na całą petę i oczywiście.. zasypia :) a radio wali do rana. Każde słowo wyraźnie słychać w naszej sypialni. 4 razy mój nie wytrzymał i ją po 22 prosił aby ściszyła. Leci do niej, dzwoni, po 4 dzwonku ona wyłącza radio i udaje, że jej nie ma, albo nie słyszy (a ja słyszę ten dzwonek w całym naszym mieszkaniu...). Po 9 dzwonku wychodzi i zaklina się, że nic nie jest włączone. Jaja. No ale cóż... Bloki. Ostatnio jest jednak dużo ciszej.

Wracając do sytuacji. Mój kontynuuje:

Mąż - Dziękuję ze ściszyła Pani radio, córka zasypia już normalnie i się nie budzi.

S oburzona - Ja nic nie ściszałam proszę Pana!

M - Eee... Ale jest ciszej.

S - 30 lat tu mieszkam i nikt się nie czepiał!

M - Bo ta Pani co tu mieszkała spała w innym pokoju. Po rurach się pewnie niesie.

S oburzona bardziej - Proszę pana, bo dziecko to się kładzie o 19 a nie o 22! (otwieram oczy ze zdziwienia)

M - Ale nasza nie chce spać o 19. Kładę ją a ona nie chce.

S prawie wściekła - Bo wy ją kładziecie w dzień, żebyście mieli ja z głowy! (zatykam sobie buzię jedną ręką)

M - Ale dzieci śpią w dzień przecież...

S wściekła - NIE! Nie śpią proszę pana. Pan sobie doczyta i zacznie kłaść dziecko o 19. Przestawi je sobie na normalny tryb! (duszę się, żeby czegoś nie palnąć)

M - Eee... Dobrze, tak tak, poczytam.

S rozjuszona - Koniecznie! Niech Pan dobrze doczyta!! I nie zmuszajcie dziecka do snu w dzień!! (wychodzę, bo zaraz wybuchnę)

M - Dobrze, do widzenia.

 

WTF?! się pytam?

21:51, zmeczonasaska
Link Komentarze (28) »
środa, 01 sierpnia 2012

Matka też człowiek i swoje problemy ma. Takie nie związane z dzieciem.

Się muszę wyżalić jaką to mam boską budę i jak szczerze, na prawdę szczerze jej nienawidzę.

Jestem dinozaurem - studentką indywidualną 5-go roku, ostatni semestr. Po reaktywacji (a wywalili mnie, bo po smutnym wydarzeniu w rodzinie przestałam odwiedzać uczelnię), po dziekance (po porodzie poprosiłam o urlop). W międzyczasie mądry minister zrobił ze studiów jednolitych, studia 2-stopniowe. Dlatego jestem ginącym gatunkiem, który ma mieć wszystkie tytuły mgr inż. arch. za jednym zamachem. Po dziekance ustalili mi na ostatni semestr plan indywidualny. Niby nic złego, ale pani prodziekan nie przejrzała moich papierów i dowaliła mi do realizacji przedmioty, które już miałam zaliczone. W związku z tym miałam ich 3x więcej niż normalny student ostatniego semestru (taki, który powinien się skupić na dyplomie). A że prodziekan jest leniwą babą, to po moich uwagach tego nie zmieniła. W związku z tym pół roku bujałam się jak ostatni frajer w te i we wte przez całe miasto (często z dzieckiem w korkach), aby na sarnie oczy ktoś mi pozwolił w indywidualny sposób owe przedmioty realizować i zaliczać. W najlepszym przypadku przepisać, jeśli udowodniłam, że mam więcej niż 4,0.

W międzyczasie próbowałam ogarnąć sprawę dyplomu magisterskiego. Znalazłam promotora, udałam się na spotkanie organizacyjne. Tam dowiedziałam się, że tematy są takie gówniane, gdyż dziekan się pomylił i pozycje bardzo ambitne dla mózgów uzdolnionych nieprzeciętnie, wrzucił na listę obowiązkowych. Ponad to okazało się, że materiały wyjściowe są totalnie bezużyteczne i mogę sobie z nich zrobić srajtaśmę.

Ucząc się na błędach życia - że nie trzyma się dwóch srok za jeden ogon, postanowiłam najpierw zająć się ukończeniem semestru, a oddanie dyplomu przełożyć na koniec sierpnia. Semestr ukończyłam - do dziś nie wiem jakim cudem. Jeździłam, prosiłam, czekałam, czekałam i jeszcze dłużej czekałam (na trzy wyjazdy, jeden zawsze był w celu pocałowania klamki, bo komuś coś upsss wypadło), dostałam wszystkie wpisy i oddałam wypełniony indeks.

Hurra. Mogłam zająć się dyplomem, więc napisałam do promotora kiedy się spotykamy. I zonk. Na prawdę nie przewidziałam, (no do głowy mi nie przyszło, że w kraju gdzie każdy wali nadgodziny i chapie do późna) znajdzie się ktoś kto mi odpisze - cytat - "mam urlop do końca sierpnia, sorry". Jakie kurwa sorry? Przecież ja muszę oddać, a jestem w czarnej dupie!

Przedstawiłam sprawę do dziekanatu, gdzie mi odpisano, że w sumie - cytat - "nie wiedzą co mam zrobić". Że jestem lama, bo w wakacje promotorzy mają urlopy. No mają ludzie w wakacje urlopy, ale profesory doktory architekci to nie nauczyciele z podstawówki, którzy mają haj lajf 2 miechy! Oni tam na uczelni tylko dorabiają przecie! ... Zgłupiałam...

Jako dinozaur nie mogę uraczyć mojej budy kwotą 1 000 zł, aby móc oddać dyplom za rok, tak jak to było wcześniej możliwe - pan minister i to zmienił. Nie mogę też zmienić promotora, który nie ma dla mnie czasu 1h raz na tydzień - nie wiadomo dlaczego - jakby to komuś przeszkadzało... Muszę skończyć uczelnię teraz, bo inaczej mnie zrzucą na 3 rok na inżynierkę.

Polecono mi żebrać u dziekana kolejne przedłużenie terminu oddania pracy.

Napisałam więc do promotora z informacją "co u mnie", z dwoma pytaniami, na które wystarczy mi aby odpisał tak lub nie. Pan piękny wakacjujący się, milczy od 2 tygodni (tak, ponowiłam maila po tygodniu) i udaje, że na urlopie nie ma dostępu do netu.

Napisałam do dziekana prośbę o przedłużenie terminu po to, aby popołudniu tego samego dnia ze strony uczelni dowiedzieć się, że w dzień, kiedy przyjdzie listonosz z moim poleconym priorytetowym podaniem, oni będą mieli kanciapę zamkniętą na kilka dni, bo mają remont.

Peszek kurwa...

I siedzę jak ta trąba. Próbując samodzielnie bez konsultacji zrobić "Projekt placu mostowego w Poznaniu wraz z zabudową reprezentacyjną". Czyli to zaprojektować, zrobić wizualizację, makietę, 8 plansz 70 x 100 cm i jeszcze opisać to w mini książce.

Idzie mi jak krew z nosa. Jak dziec uśnie, to zanim się skupię i zabiorę - ona wstaje. Jak wygonię dziecia na spacer z tatą - zanim się skupię i zabiorę - oni wracają (młoda jest straszną domatorką, ciągle tylko "domku i domku"...). Jak siadam wieczorem, to już mi się odechciewa.

Nie idzie mi wcale :\ rzygam.

Zastanawiam się czy to dłubać, czy obmyślać plan jak wymalować jakieś mądre, szczere przesłanie na ścianach uczelni.

Tagi: uczelnia
00:23, zmeczonasaska
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 23 lipca 2012

Odkąd jeden z wcześniejszych wpisów zatytułowałam "Co zrobić gdy dziecko nie chce jeść?", obserwuję zmasowany atak na bloga, w celu odkrycia tajnego zaklęcia na niejadki.

Martwiącym się pragnę napisać "dajcie sobie na luz" ;) Nie ma nic gorszego niż zdenerwowana matka wpychająca dziecku jedzenie.

Moje też nie posila się jak przyszły zapaśnik sumo. Raz je lepiej, raz gorzej. Raz nie tknie nic, a raz prosi o dokładkę. Nie mam zamiaru robić z kanapek biedronek i rybek. Raz mi się to przytrafiło - nastałam się przy garach - a dzieć nawet nie tknął idealnej potrawy wyglądającej jak z gazety dla boskich mam. Zamiast kombinować po prostu nie podtykam co chwilę dzieciowi jedzenia pod nos. Je wtedy gdy jest na to pora. Posiłków jest 5 - śniadanie, przekąska, obiad, deser i kolacja (czasem mi prześpi przekąskę, albo deser). Staram się, aby jadła chociaż z jednym rodzicem - razem raźniej, no i trzeba dawać przykład. Jak nie zje, bo np. wstała złą nogą, a mi wyczerpały się argumenty i pomysły dzięki którym by jednak zjadła, to próbuję z tym samym daniem i zestawem słów za pół godziny. Jak dalej odmawia, to dostaje bułkę, albo marchewkę w łapkę i nie ma wyboru - musi na niej przeżyć do kolejnego posiłku. Poza tym staram się kontrolować ilość wypijanych przez nią płynów przed jedzeniem, bo jak zaleje żołądek, to siłą rzeczy nie zmieści obiadu ;)

Kiedyś natknęłam się na artykuł w gazecie, który bardzo mnie pocieszył. Co to jest porcja?

A zdjęcie proponuję wydrukować i w ramkę ;)

porcja

z miesięcznika 'Mamo, to ja".

I za każdym razem jak nakładam Biśce posiłek na talerz, próbuję wyobrazić sobie jakiego rozmiaru jest jej żołądek. Wielkości brzoskwini? jabłka? No melon to to nie jest.

To samo w kółko powtarzam mojej babci - "nie wpychać jej co pół godziny jedzenia, ona ma mniejszy żołądek niż dziadek". Idzie opornie, ale czasem trafia. Przynajmniej nie muszę później interweniować w teksty typu "zjedz, bo inaczej pogryzą Cię pszczoły" ( :O ?! )

Ale straszenie to już zupełnie inna historia...

Zmęczona Mama

Wypromuj również swoją stronę Daisypath Happy Birthday tickers