RSS
czwartek, 24 listopada 2011

Idą Święta.

Tak, tak, do Świąt jeszcze daleko, ale co roku sobie tak gadałam i na koniec zostawałam z ręka w nocniku odnośnie prezentów.

W tym roku postanowiłam, że wezmę się za to wcześniej i od sporego czasu buszuję w necie i zakupuję różne przydatne rzeczy rodzinie, żeby 23 grudnia nie biegać z językiem do pasa i nie kupować bubli. No i aby nie odczuć za bardzo owych wydatków ;)

Moja mama i teść dostaną zestaw noży, szwagierka imprezową wieżę, nad resztą jeszcze myślę, a w kwestii małej zaszalałam. Postanowiłam wyręczyć wszystkich i uniknąć pytań "co kupić Gabrysi na Święta?"

Oto moja zdobycz:

http://allegro.pl/zestaw-zabawek-fisher-price-vtech-i-20sztuk-super-i1922853968.html

za

Doszłam do wniosku, że dzieć ma za mało zabawek. Na prawdę ma ich mało! A co dzieciowi jest potrzebne w danym czasie? Ano zabawki. Bo ciuchy ma. Może i całość brzmi drogo, ale po przeliczeniu wychodzie 35 zł za sztukę. W porównaniu z ceną rynkową - grosze.

I tym sposobem załatwiłam wszystkich. Bo dziadki, ciocie wybiorą sobie zabawkę, zapłacą mi 35 zł i załatwione. Wszyscy zadowoleni. A ja nie marudzę, że zabawki są z niezdrowej chińszczyzny za 5 zł. I mam z głowy wszystkie Mikołajki, Święta i pewnie nawet urodziny i zająca na Wielkanoc. I prezent dla siory z okazji narodzin jej dziecia (niania elektroniczna, bo swoją mam).

I w nosie mam komentarze, że teraz będzie mieć za dużo zabawek. A niech ma!

Ku chwale beztroskiego dzieciństwa!

15:09, zmeczonasaska
Link Komentarze (5) »
środa, 23 listopada 2011

Wczoraj wieczorem przyszedł do mnie złodziej. Dość długo go nie było...

Wpuścił go monter Internetu.

I dziś kradnie... czas.

Zanim przyszedł zdążyłam rozpakować wszystkie kartony, poukładać zawartość na półkach, mieszkanie było posprzątane, poodkurzane, umyte, zlew pusty, ja ogarnięta, dzieć ogarnięty. nawet powyrywałam kulinarne strony z gazetek dla mam i powrzucałam je do segregatora. Ba! Nawet przeczytałam książkę!

A dziś niby nadrabiam zaległości do których był potrzebny Internet, ale nie oszukujmy się - połowę tego czasu tracę na czytanie o dupie Maryni ;)

Hmm... Nie lubię Internetu?

 

 

Poza tym - w skrócie:

1. Chora jestem od tygodnia. Churchlam jak pies...

2. Przeprowadzka zakończona powodzeniem.

3. Córa przechodzi bunt. Wg mądrych głów jest to "bunt dwulatka". Muszę na to zgonić, bo nie wiem co robiłam źle, że jest taka niegrzeczna...

Mądre głowy piszą:

"Jak się dziecko zachowuje?
- Używa najczęściej słów „nie” i „daj”.
- Pokazuje na kosz na śmieci mówiąc do Ciebie „beee” a jak tylko nie jest pilnowane to z olbrzymią radością wyciąga śmieci z kosza.
- Reaguje na Twoje zakazy wściekłością, biciem, krzykiem, płaczem. (jeszcze nie bije i nie rzuca się na podłogę)
- Ze złości rozlewa picie, rzuca jedzeniem, rysuje po ścianach i meblach. (nie rysuje -  brak cierpliwości)
- Walczy z Tobą na każdym kroku i wyraźnie okazuje swoje niezadowolenie.
- Najbardziej interesują go rzeczy zakazane takie jak wtyczki do kontaktów, kable, kosz na śmieci itd. "

Do tego mogę dorzucić:

- dalej ucieka na golasa i wczoraj wycisła kupę (przysięgam, że w 3 sekundy!) na dywan. No padłam na ziemię jak kawka gdy to zobaczyłam...

- reaguje krzykiem na próby pójścia spać mimo że ledwo stoi na nogach.

- słyszy mnie kiedy chce.

- chce jeść głównie kukurydzę i groszek z puszki i Monte. Reszta okazyjnie - czyt. w bardzo małych ilościach bądź w ogóle.

Ręce załamuję, ale nie wciskam na siłę, bo niby jak? Chodzi mi po głowie niecny plan otwarcia jej dziuba kopystką i wepchnięcia całej zawartości miseczki z obiadem, ale póki co się hamuję ;)

I póki co przeczekuję. Staram się nie denerwować. Trzymam się rad "mądrych głów". Trzymam luz.

Póki co... ;)

13:55, zmeczonasaska
Link Komentarze (2) »
piątek, 11 listopada 2011

Czekam za dostawą, bo wszystkie już zjedzone...

Oj jak sprytnie Wielkopolska sobie wymyśliła ten dzień na żarcie rogali. (temat jarmarku na ulicy Św. Marcin pomijam, bo nie uczęszczam).

Robią je raz do roku (choć można je u nas dostać przez resztę czasu tyle że w mniejszej postaci). Niestety nie jaram się pieczeniem i nie wzbogacę tej notki informacją o składzie nadzienia. Ciekawskich odsyłam do googla, bo mi wsio ryba co tam w środek upychają. Smaczne i tyle mi starczy ;)

Sprytne, bardzo sprytne. Przyznam, że to święto jest nawet lepsze niż Tłusty czwartek. Czy w innych regionach też macie podobne swoje święto? Bo Wielkopolska ma jeszcze "święto pyry" - ale póki co jest bez szału ;)

Moje małe przy konsumpcji nie przestaje mówić "mniam mniam mniam".

Czy jest tu ktoś kto nie jadł Rogali Marcińskich?

rogale

Nie miałam już materiału do opstrykania więc zdjęcie jest z netu.

sobota, 05 listopada 2011

Elulu dopytuje, więc skrobnę parę słów :)

Przenieśliśmy graty na nowe lokum. Powiem szczerze, że nie przypuszczałam, ze zajmie to tyle czasu! Pakowałam się cały dzień... W zeszłą sobotę o 10 zaczęliśmy ładować się do busa aby przewieźć wszystko. (prawie zdarzyła się wpadka, bo mój facet pojechał naszym autem po busa, zostawiał go na firmie i wracał do nas. W pewnym momencie mnie coś ruszyło i zadzwoniłam do niego zapytać czy zabrał klucz od nowego mieszkania który leżał w naszym aucie. Nie. Zapomniał! Na szczęście nie musiał się dużo wracać... Wyobrażacie sobie co by było gdyby zapomniał? Czekalibyśmy na niego 1,5h pod nowym blokiem na kartonach...)

Akcja się zaczęła. Szwagierka pilnowała busa z Gabrysią w wózku, ja dopakowywałam co się dało i dyrygowałam kolejnością wynoszenia wszystkiego, a Tatuś z teściem nosili tony kartonów i meble. Zajęło nam to ponad 3h!!! Wynoszenie z busa - tyle samo. Zagraciliśmy 2 pokoje kartonami (bo do połowy miesiąca nie możemy się wypakować, gdyż nowa właścicielka tam jeszcze trochę mieszka w trzecim pokoju - do 16-go czeka na mieszkanie za granicą) . Następnie mój jechał odwieźć busa, wrócił z fotelikiem dla Gabiny i mała pojechała z dziadkiem i ciocią do domu rodzinnego, a my dalej w tany... Sprzątać stare mieszkanie. Następnie jeszcze jeden kurs aby dowieźć resztę gratów na nowe miejsce, po drodze zabrać starego właściciela na oględziny czystego mieszkania, rozwiązanie umowy i kolejna godzina przeleciała na niby zwykłym spisywaniu liczników... I wyjazd do domu rodzinnego. O 23 byłam na miejscu. Padnięta jak kawka... Dobrze, że małe nam wywieźli wcześniej bo by chyba wyszła z siebie...

I co teraz? Siedzę sobie w rodzinnym domku do 16-go. Czekamy aż mieszkanie będzie całkiem wolne i będziemy mogli się wypakować. Zbieram na to siły i pomału się się pozytywnie nakręcam :) choć boję się tego, że mój nie dostanie urlopu na dzień rozpakowania się i skończę sama z małą na kartonach i próbach znalezienia czegokolwiek.

Piszę "zbieram siły pomału", bo ostatnio rodzi mi się chyba nerwica... Czasem nawet przypuszczam, że dopadają mnie natręctwa. Przyłapuję się na ciągłym liczeniu... Liczę wszystko. Oglądam telewizję - liczę. Liczę części twarzy aktorów... brwi - 1 i 2. oczy - 3 i 4, wargi - 5 i 6... i tak dalej. Twarz doliczam do 15. Liczę litery w nazwach programów. Rozkładam telewizor na linie proste i je liczę. No do cholery jasnej idzie zwariować... Skupiam się i probuję przestać, ale za chwilę przyłapuję się znów na liczeniu...

Wyczytałam w boskim "Enthernecie", że "robię to aby nie myśleć o narastających problemach". Może coś w tym jest... Bo od nagromadzenia wszelkich zmartwień dorobiłam się już boleści tak parszywych, że męczyłam się z nimi 4 dni aż w końcu spędziłam pół dnia w łóżku... Nafaszerowałam się uspokajaczami, przeszło. A później leczyłam się pozytywnym myśleniem (wybeczałam się i tłumaczyłam sobie że wszystko się ułoży ;)) pod prysznicem. Wydałam małą do teściów na weekend i nabieram sił. Póki co nic mnie nie żga w środku i szybko staram się załatać stresujące mnie sprawy...

Bardzo często zastanawiam się dlaczego przy porodzie nie wręczają człowiekowi instrukcji obsługi życia ;) albo chociaż kilku karnetów na "natychmiastowe znikanie\rozwiązywanie problemów"... A może ma ktoś takie? Chętnie odkupię!

23:04, zmeczonasaska
Link Komentarze (5) »
środa, 26 października 2011

Ave Hosanna! Mamy gdzie mieszkać.

Fuksem, bo fuksem, ale lokum jest. Szukaliśmy, dzwoniliśmy, jeździliśmy, ale same buble zostały... Pod koniec nawet ogłoszenia zamarły i nic nie szło znaleźć w naszej okolicy. Aż tu nagle nasz prawie były właściciel wpadł na pomysł, aby jego córka wynajęła nam mieszkanie. Babeczka zrezygnowała ze sprzedaży mieszkania i po obejrzeniu nas zgodziła się powierzyć nam swoje 4 kąty.

I to nie byle jakie 4 kąty :) mieszkanie jest o wiele ładniejsze od naszego obecnego. I ma pokój więcej (w końcu będę miała gdzie trzymać pranie i nie będzie mnie wnerwiać!), gdyż właścicielka przeniosła kuchnię na korytarz ;)

Pakowanie od jutra, a przeprowadzka w sobotę. Jeszcze nie chcę o tym myśleć, bo aż się boję zawijać ten cały majdan w kartony... Okrutnie dużo tego!

A później pomieszkam do 15-go w rodzinnym domu, gdyż babeczka od mieszkania musi pozamykać swoje sprawy przed wyjazdem za granicę - cała sytuacja jest dość spontaniczna, więc nowa właścicielka dopiero zaczyna się pakować aby zrobić nam miejsce.

Dzieciowi się nowe lokum podoba. Podczas dwóch kaw z właścicielką prawie rozniosła nowe mieszkanie ;) Dobrze, że układ pokoi w nowym mieszkaniu jest prawie identyczny do obecnego - małej prawdopodobnie się nie pomiesza w głowie od przeprowadzki ;)

środa, 19 października 2011

Dziś mija 1,5 roku. Ale przeleciało...

Z tego powodu dziś lista:

Ulubione zajęcia Gabrysi (kolejność przypadkowa):

1. Rozbiórka portfela w celu schowania dokumentów i kart poprzedzone identyfikacją osób na zdjęciach.

2. Gramolenie się na kolana rodzicowi który siedzi przed komputerem aby obejrzeć Kaczuchy, Tik Taka bądź Płe płe. Czynność zazwyczaj kończy się demolką klawiatury \ zawładnięciem myszką bądź zrzuceniem rodzica z fotela i krzykiem informującym że Gabrysia chce usiąść sobie sama na fotelu (aby stanąć na nim na nogach i spaść)

3. Włam do WC i próby  wrzucania do sedesu różnych przedmiotów podczas gdy mama korzysta w owego tronu.

4. Dosiadanie i ujeżdżanie rodziców gdy tylko na chwilkę się któreś położy, bądź usiądzie w miejscu umożliwiającym abordaż.

5. Poszukiwanie wrażeń - m.in. chęć zrobienia BAM przez wchodzenie na fotele, aby dostać się do telewizora (tak, do środka)

6. Zaglądanie w gary i pomoc przy gotowaniu - najlepiej przez siedzenie mamie na rękach.

7. Pisanie po swoim ciele i wyrzucanie kredek z pudełka po to, aby prosić mamę do ponownego ich ułożenia.

8. Kąpiel z ośmiorniczkami, płynami, kaczkami itd. czasem kończąca się krzykiem przez wyciąganie siłą z wanienki.

9. Uciekanie na golasa aby siknąć gdzieś ukradkiem.

10. Kulanie się na łóżku rodziców.

11. Przesypywanie pożywienia (owoce, pożywienie suche) z pudełka do pojemniczka i na odwrót tak długo aż nie wszystkiego nie zje, albo nie wyrzuci na podłogę i da się to zdeptać.

12. Pomoc przy wieszaniu prania polegająca na roznoszeniu mokrych ciuchów po całym mieszkaniu (sporadycznie występuje podawanie prania mamie do rąk własnych).

13. Pomoc przy sprzątaniu, np.: wyrzucanie śmieci bądź niekoniecznie śmieci do kosza, układanie klocków w garnkach w kuchennej szafce, układanie bajek na podłodze, rozstawianie misi po kątach, przynoszenie mamie najmniejszych paprochów znalezionych gdziekolwiek, wkładanie wszelkich ciuchów do pralki.

14. Wyjadanie z mamowego talerza.

15. Walenie w pieluchę.

16. Kelusiowanie - Cmokanie smoka.

Ilość zainteresować wciąż rośnie ;)

poniedziałek, 17 października 2011

Dalej szukamy mieszkania :)

Jest tak ciekawie, że aż postanowiłam przytoczyć kilka przykładów:

 

Przykład 1.

Mieszkanie 2 pokojowe w bloku. Cena ok, ale fotek brak. Dzwonimy

My - dzień dobry, my w sprawie mieszkania. Aktualne tak?

Pani - Tak.

Tu kilka standardowych pytań o ogrzewanie, czynsz, kaucje, bla bla

M - A kiedy można obejrzeć mieszkanie?

P - Ale oglądanie jest niemożliwe!

M - :O hmmm Ale wie Pani, chcielibyśmy obejrzeć, bo nie ma żadnych zdjęć w internecie. Mamy blisko, to możemy podskoczyć w każdej chwili...

P - Tam teraz mieszkają lokatorzy. Nie ma opcji obejrzenia.

M - A kiedy się wyprowadzą, żebyśmy mogli się umówić na oględziny?

P - A skąd ja mam pewność, że Państwo weźmiecie to mieszkanie i czy jest sens się umawiać?

M - Hmm... No w ciemno mieszkania nie będziemy brać. Musimy je obejrzeć.

P - Proszę dzwonić za kilka dni, jak się lokatorzy wyprowadzą.

M - Dobrze, do widzenia :)

 

Przykład 2.

Mieszkanie w bloku. Cena ok, za mało fotek. dzwonimy.

Początek ten sam co wyżej, oferta aktualna, standardowe pytania i do rzeczy.

M - A kiedy można obejrzeć?

P - Nie wiem. Nie ma mnie w kraju w tym momencie

M - ... a będzie kiedyś jakaś możliwość obejrzenia mieszkania?

P - W Poznaniu jest mój syn, on może Państwu pokazać mieszkanie

M - Świetnie, a kiedy?

P - Muszę się z nim jakoś skontaktować. Oddzwonię do Państwa jak złapię syna.

M - Dobrze. Do widzenia :)

Na drugi dzień (kiedy my zadzwoniliśmy) okazało się, że syn coś nie odbiera... Zapity czy co? Dziś dzwonimy dowiedzieć się czy już się znalazł...

 

Przykład 3.

Mieszkanie w domku jednorodzinnym pod Poznaniem. Na poddaszu (na parterze właściciele). cena ok, fotki ok, dzwonimy.

Początek ten sam co wyżej, oferta aktualna, standardowe pytania.

P - A można coś o Państwu się dowiedzieć? Studiujecie czy pracujecie?

M - Oczywiście. Ja (facet) pracuję, moja kobieta pracuje w domu i zajmuje się dzieckiem...

P - Dzieckiem?

M - Tak, mamy 1,5 roczną córkę.

P - A z dzidzią to nie, dziękujemy.

M - Ale dlaczego?

P - Wie Pan, stropy są cienkie i się wszystko niesie. Nie, nie, z dzidzią nie chcemy.

M - Yhm... to dziękuję, do widzenia.

Mają chyba jakieś złe wspomnienia z mieszkania w bloku ;)

 

Facet jak już się odetkał, to chciał do nich dzwonić ponownie i im doradzić, żeby ugadali się ze schroniskiem i wynajęli poddasze kotom, które na pewno nie będą im hałasować. Szkoda, bo domek fajny. Miał ogród - można by wyprowadzać tam córę bez obawy o psie kupy. Ale z drugiej strony chyba źle się mieszka z właścicielami, bo pewnie ciągle patrzą lokatorom na ręce. A nie mam zamiaru się martwić pół dnia czy Gabryśka za głośno krzyczy, czy przyjdą właściciele, a ja mam w danym momencie za dużo zabawek na podłodze, bądź czy nie udeptałam trawy za bardzo w jednym miejscu. W bloku to co innego. Można spławić walniętego sąsiada słowami, że cisza nocna jest od 22 do 6. A właścicielom przecież tak nie strzelę szmatą w dziub, bo wrócą z wypowiedzeniem.

Podsumowując - co mieszkanie, to inna historia. Nie wiadomo czasem czy płakać czy się śmiać. Nasuwa się pytanie - Do cholery jasnej, po co ludzie zamieszczają ofertę w internecie, skoro nie zależy im później na wynajęciu mieszkania? I chcą, żeby im później za to płacić? W dupach się poprzewracało!

Uh. Szukamy dalej :)

13:02, zmeczonasaska
Link Komentarze (10) »
piątek, 14 października 2011

Ogólnie wszyscy chyba lubią piątki...

Ja jestem w nielicznej grupie która ich nie lubi. Piątek = kres nerwów matki, która cały tydzień spędzała większość dnia bez ojca solo z dzieciem.

Głowę mam peeeełną wrzasku, krzyku, ryku, płaczu. Plecy mi odpadają. Cierpliwości brak.

Włączyła się mała znieczulica na ciągłą chęć pokazania mamie co jest w kuchni. A tak na prawdę to nie chce mi się po raz setny iść do kuchni tylko po to żeby córa wystękała dźwignięcie ją na ręce i żądała rzeczy których oczywiście nie może dostać. Bo wszystko co mogła leży już w zasięgu jej rączek lub zwyczajnie na podłodze.

Tłumaczę, proszę, zajmuję czymś innym - NIEEEEEEE! - i idziemy tam gdzie chce córa.

Zarządziłam 2 tyg bez wpływu wszelkich rozpieszczaczy w postaci osób dorosłych. Muszę wychować trochę tego diabła... A później lista z pogrubionym punktem pierwszym "Nie nosić na rękach bez wyraźnej potrzeby" i można wypożyczać ponownie :)

Mam nadzieję, że jutro trochę odżyję, bo daję dziecia Ojcu - pod całodniowy wyłączny nadzór.

Ja wtedy też będę w domu i będę robić wszystko to czego się nie dało zrobić z małą przy nodze\między nogami\na rękach\za rękę w tygodniu. Ciekawe czy wybuchnę gdy po raz 4ty zostanę oderwana od swoich spraw i poproszona o podanie pieluchy... ;)

Nauka samodzielnego zasypiania w łóżeczku ruszyła od nowa...

Gabiśka pojechała na cały weekend do dziadków, wsiadła im na głowę, a dziadki jak to dziadki - zgadzały się na wszystko, zasypiała w zwykłym łóżku i tak oto moja cierpliwość znów jest wystawiona na próbę.

Jest gorzej niż za pierwszym razem, więc pod koniec dnia pęka mi głowa od krzyku...

Błędne koło... Jak mała krzyczy i płacze w łóżeczku, to zaczyna jej lecieć z nosa, a później ma problem ze spokojnym snem przez zatkany nos. Gdy chcę ją przed spaniem 'wysmarkać', dochodzi jeszcze większa histeria. Udaje się, ale gdy ponownie wkładam ją do łóżka - nos w magiczny sposób ponownie się zapełnia... I weź bądź tu mądra... A ja chcę tylko uniknąć problemu z zasypianiem. Bo o ludzkim spaniu nie ma mowy... Dziś wstawałam do dziecia ok 15 razy aby go napoić wodą. I oczywiście przewinąć, bo po takiej dawce picia pielucha nie dociągnie do rana. Zresztą czasem i druga nie daje rady i rano dzieć jest zalany...

No cóż... Pozostaje mi dalej zaciskać zęby, cierpliwie usypiać córę... Zawsze podtrzymuję się na duchu myślą, że córa zaraz będzie spać i będę mieć dla siebie trochę czasu. Haha tzn. na zrobienie tego czego przy dziecku się nie da ;)

 

11:57, zmeczonasaska
Link Komentarze (4) »
piątek, 07 października 2011

Kilka tygodni temu oglądałam jakiś kiczowaty romantyczny film. Nie pamiętam jaki, fabuła była beznadziejna, aktorzy marni, ale jedna rzecz mnie do niego przyciągnęła - przypomnienie sobie jak kiedyś się kochało.

Przyznam się, że nawet jak małolata zatęskniłam za takim uczuciem. Za nutka niepewności "czy ja mu się podobam?", za flirtem, "niewinnymi" dotknięciami dłoni, komedią pomyłek, randkami (choć ja nie randkowałam po hollywodzku ;) ), za dreszczykiem emocji w związku z pierwszym pocałunkiem i inne takie cukierkowe sprawy.

Nie żebym miała ochotkę na nowego kolegę i przeżywanie młodzieńczej miłości jeszcze raz ;) po prostu mi się do tego filmu wzdychło i czym prędzej pognałam do mojego faceta z zapytaniem czy nie mógłby mnie może popodrywać albo czy nie chciałby poflirtować ze mną jak na początku.

Możecie sobie wyobrazić jego zdziwioną minę połączona z pieluchą pełną kupy w ręce... :] Tak szybko jak do niego poleciałam tak szybko wróciłam na swoje miejsce :]

Dziś sobie siedzę i próbuję ukształtować to uczucie jakim Go darzę...

Powiedzmy sobie szczerze - zastanawiam się gdzie uciekło to gorące uczucie. Ogólnie jest, ale to nie to samo co kiedyś...

Rodzice kochają się inaczej niż ludzie bezdzietni. Nie ma czasu na ślepą szaloną miłość.

Obiecywaliśmy sobie, że nie przestaniemy się tak mocno kochać gdy pojawi się dziecko. Ale czy można wytworzyć więcej nowej miłości w sobie kierowanej dla dziecka czy owa miłość po urodzeniu potomka dzieli się na (równe?) pół dla dziecka i faceta? Czy miłość jaka rosła w kobiecie przez 9 miesięcy a później wybuchła w dniu porodu (bądź jakiś czas później przy pierwszym uśmiechu, słowie) jest silniejsza od tej która stworzyła nowe życie?

Nie mam czasu na takie uczucie jak dawniej. Nie mam głowy do spontanicznego przytulania się między obowiązkami do mojego faceta. Mój facet na to narzeka, że "nie tulę go jak wcześniej". Ciekawa sprawa - gdy zaczynam się tulić do faceta, przychodzi córka i nas rozdziela karcąc nas dźwiękiem "eee" i chce do któregoś z nas na ręce. Jest zazdrosna? Nie wiem. A gdy śpi, to trzeba szybko prać, składać pranie, gotować, ogarniać bałagan wytworzony przez dziecia tornado, odpocząć, zjeść, spać etc. Nie ma czasu na częste ogniste pocałunki - są buziaczki w usteczka. Co prawda z byle jakiego powodu, ale tylko buziaczki. Takie jakie pamiętam w wykonaniu rodziców przy okazji składania sobie życzeń na urodziny.

Seks? Pomału zabija go brak energii i konieczność planowania go. Bo jeśli ma do czegoś dojść, to trzeba się najpierw (w domyśle lub jawnie) umówić, a później sprawnie zrobić zakupy, obiad na drugi dzień, wykąpać dziecko, nakarmić, położyć spać i wtedy wisi w powietrzu niespontaniczne zbliżenie odkładane przez chwilę relaksu przed tv, kompem czy kąpiel i ograniczane przez czas. Bo trzeba iść spać w miarę wcześnie, żeby się wyspać przed pracą \ kolejnym dniem z dzieciem + mieć na uwadze pobudki córy w nocy na wodę.

Jak to jest z tą miłością... Niby jest, ale taka wyblakła... Nie można się nią nacieszyć, a trudy dnia codziennego ją zduszają. Czasem kłótnie stawiają ją pod znakiem zapytania. Złość i zmęczenie ucisza. Czasem rośnie, ale nieczęsto w obu nas naraz, bo rzadko oboje jesteśmy na tyle wypoczęci wieczorem żeby myśleć o tym drugim a nie o milionie spraw do załatwienia jeszcze dziś czy jutro.

Cholera, tyle kłótni i rozstań wkoło...

Zastanawiam się czy uda się nam to utrzymać magicznym respiratorem do czasów aż dzieci staną się samodzielne i będziemy mogli poświęcić się sobie i podróżom... Egoistycznie życzę sobie tego na urodziny ;)

 

Moja siostra jest w ciąży. Poza kibicowaniem chcę ich podglądać aby z boku obejrzeć ewolucję uczuć dwóch ludzi którym powiększa się rodzina. Może znajdę tam odpowiedzi na moje pytania, może dowiem się czy gdzieś popełniłam błąd podczas rozdzielania zasobów miłości dla bliskich. Spokojnych 9-ciu miesięcy siostro :)

Tagi: miłość
22:42, zmeczonasaska
Link Komentarze (6) »
Zmęczona Mama

Wypromuj również swoją stronę Daisypath Happy Birthday tickers