RSS
poniedziałek, 05 września 2011

Mam dziś tak zaskakująco dobry dzień, że aż postanowiłam się nim "pochwalić" ;)

Wszystko mi dziś chodzi w rytm idealnie tykającego zegarka szwajcarkiego.

Córa po raz pierwszy w życiu przespała całą noc! (poza jedną pobudką na wodę o 23, ale to się nie liczy, bo wtedy jeszcze nie spałam). Tak byłam zdziwiona tym faktem, że aż pytałam mojego faceta czy czasem do niej nie wstawał w nocy - nie wstawał, bo nie wołała :D szok. Oczywiście nie cieszę się tym przedwcześnie, bo jedna jaskółka wiosny nie czyni, ale fakt ten zapoczątkował owy piękny dzień.

Następnie udało mi się wstać przed dzieciem, ubrać się, zrobić kawę, wypić pół i dopiero wtedy obudziła się moja pociecha.  Zaszczyciła mnie prawie suchą pieluchą z nocy i sporym sikiem w nocnik :D - po przebudzeniu od razu ją usadziłam na tronie, więc to pewnie przez to, ale i tak się cieszę, że nie musiałam jej całej przebierać z umoczonych ciuszków.

Później córa zjadła 3\4 znienawidzonej kaszki i pozwoliła mi zjeść śniadanie. Oczywiście towarzysząc mi - miała swój chleb i pomidora - jej drugie śniadanie. Ale nie było źle - na jedno moje ugryzienie kanapki wypadło jedno jej ugryzienie, a nie jak to często bywa 1 do 3 ;)

Pobawiłyśmy się trochę i zarządziłam drzemkę. Dzieć w łóżeczko, kocyk, keluś (smoczek) a ja siup na swoje łóżko, chowając nową książkę za kocem, którą nabyłam i mam zamiar szybko pochłonąć. Gabina zasnęła bez większych oporów. Przyszedł czas na pracę - biegiem rzuciłam się na projekt dopijając zimna kawę (od jakiegoś czasu wcale mi to nie przeszkadza - da się przyzwyczaić). Skończyłam, wysłałam komu trzeba i jak w zegarku obudziła się córa :)

Nocnik, buty i do dalej do biegu ;) dzieć dostał przekąskę - jabłko w plastrach w miseczce, a ja mogłam zająć się ogarnianiem burdelu jaki się zrobił od wczoraj. Gdy córa coś je mam szansę pozmywać - co też udało mi się uczynić. Następnie oceniłam stan jabłka w misce - pozwalał na kontynuowanie porządków. Rzuciłam się na ciuchy. Musiałam rozpakować 2 bagaże (byliśmy na weekend u rodziców), poskładać, posegregować, ułożyć do szafy (w której w międzyczasie swoje porządki robiła Gabinka ;) - to także mi nie przeszkadzało). Później przyszedł czas na rozbrojenie zawalonej suchym praniem suszarki - również się udało, bo jeszcze 2 kawąłki jabłka zalegały w miseczce. Mieszkanie wyłoniło się spod sterty ubrań. Dokończyłam dzieła ogarniając zabawki.

Córa zaczęła zaganiać mnie do kuchni więc przyszedł czas na obiad. Przygotowałam rosołek z makaronem, marchewę i mięcho. Zasiadłam z księżniczką do jadła. Ostatnio to moje małe stało się okropnym głodomorem! Wsunęła całą dorosłą michę rosołu - od połowy michy nawet sama zaczęła wachlować łyżką (uczę Gabinkę jeść samodzielnie i idzie naprawdę zaskakująco dobrze, bo 90% jedzenia trafia do dziuba).

Po skończonym posiłku pobiegała, zaszczyciła mnie sikiem w nocnik i zgodziła się pójść na kolejną drzemkę :) ja zdążyłam dokończyć rozdział książki i mała padła.

Elegancko :)

Na to wszystko mój facet właśnie wrócił z pracy (o dziwo bardzo wcześnie) i zgodził się zabrać dziecia na spacer beze mnie - bo ja w tym czasie będę chapać dalej przy projekcie.

Uwielbiam takie zgrane dni, kiedy wszystko idzie po mojej myśli z dzieciem. Mam przez to energię i wenę na sprzątanie, gotowanie i pracę. Kładę się później spać zmęczona na maxa, ale z poczuciem spełnienia przez dobrze wykorzystany czas w ciągu dnia :)

Tfu tfu, dzień się jeszcze nie skończył, a ja już w skowronkach że był piękny ;) ale mam nadzieję, że nie znajdzie się żaden odważny człek czy przedmiot który spróbuje mi zepsuć dzisiejszy spokój wewnętrzny :P

piątek, 26 sierpnia 2011

Przyznaję się - zdarza mi się straszyć Dziecię :\

Pewnie nie napisałabym o tym gdyby nie sumienie, które mnie dręczy...

Sama już nie wiem czy tak ładnie, czy to niezbyt szkodzi, czy inni rodzice tak robią i czy to się opłaca... :|

Wspomniałam wcześniej o słoniu, do którego córa się nie zbliża (nie wiem z jakiego powodu, bo wcześniej nic złego o słoniach nie gadałam, a ona sama nawet nie widziała na żywo słonia), ale tego nie traktuje jako grzechy, bo słoń sobie stoi i pilnuje bezpieczeństwa.

Jednak jest jeszcze coś - bywają sytuacje, że moje stawanie na głowie, kuszenia gadżetami, obietnice i inne lukrecje nie skutkują. Dzieć mnie nie słucha i już, a ja padam na dziub. I zdarza mi się w takich momentach, że używam zdania "bo przyjdzie potwór", albo "tam jest potwór" (kiedy mi ucieka). Nie mam pojęcia jak Gabina sobie owego potwora wyobraża. Nie opisywałam go, nie mówiłam, że zje, czy ugryzie czy zabierze. Po prostu raz mi się tak wymknęło i córa szeroko otwarła oczy i wykonała jakieś tam polecenie. Najgorsze jest to, że mnie kusi czasem, żeby wałkować temat dalej, czyli "potwór zje kelusia jak nie zjesz kolacji" (keluś - smoczek). Wiem, wiem, mam grzeszne myśli... :\

Mamuśka mnie wyzywa, że straszę sobie dziecko, w necie też piszą, że nie wolno, bo dzieć będzie się bał wyjść w nocy sam do toalety etc... a ja nie wiem już sama ;\

Córa po owym zdaniu nie beczy, zatrzymuje się i wraca. Niby metoda skutkuje, ale jakoś tak te wyrzuty sumienia... kąsają ...

A Wy jak? Zdarzyło Wam się straszyć? Przymykacie na to oko czy unikacie?

Pytałam już 2 mam, obie się przyznały do straszenia. Jedna burzą, inna że poduszka ucieknie (dziecko nie chce spać ;) ). Mówiły mi to z zawstydzoną miną, więc chyba kolejne sumienia gryzą...

czwartek, 25 sierpnia 2011

Żyję! ;)

Była długa przerwa spowodowana pobytem nad naszym pięknym polskim ach ach morzem + odpoczynek po owym urlopie. Po raz pierwszy doświadczyłam potrzeby odpoczynku po "odpoczynku"... :>

Wypadało by coś napisać o wakacjach, ale nie będę zanudzać nikogo sprawozdaniem dzień po dniu co robiliśmy, bo stwierdziłam, że lepiej będzie podsumować cały wyjazd dzieląc się moimi spostrzeżeniami odnośnie zmian jakie zachodzą przez wyjazd z małym Dzieciem nad wielka wodę (rany jakie mi zdanie karkołomne wyszło...)

Miałam w głowie pewną chronologię punktów, ale pewnie szlag to trafi w czasie pisania :P

1. Pakowanie. Masakra. Miałam zrobić sobie listę rzeczy potrzebnych, ale oczywiście nie było na to nigdy czasu, więc poszłam na żywioł. To się w pale nie mieści ile tobołów trzeba ze sobą zabrać... Swoje ciuchy, faceta ciuchy, Dziecia ciuchy (to już 3 torby, w czym Dziecia jest największa), Ręczniki, kocyki, łóżeczko turystyczne (bo nie dam się zepchnąć na kant łóżka podczas gdy córa będzie jak Pani Świata zajmować 80% w środku), misie, zabawki, książeczki, pierdy do piachu, lekarstwa, pamperasy, chusteczki, płyny, szampony, kosmetyki, sztućce, coś do zjedzenia, wypicia, wózek i masa masa masa innych gratów! Godzinę żeśmy to upychali nogami w auto kminiąc przy okazji co musi byc pod ręka a co można władować w czeluście bagażnika. Pokłony dla ludzi którzy wymyślili kombi!

2. Trasa. Witamy w naszym kraju :) 7h nad morze (na Wolin) z Poznania. Korki były nawet na ekspresówce, bo nasze mądre głowy zapomniały o tym, że jest dłuższy weekend i wszyscy walą nad morze + remonty dróg są zawsze w czasie wakacji. Dziecię prawie wyszło z siebie, gdyż okaząło się że 15 bajeczek i mamowe teatrzyki z misiami to jednak za mało. Na szczęście jak zwykle pomocna okazała się moja bezdenna torebka w której są same ciekawe skarby ;) i jakoś dojechaliśmy

3. Wybranie się w teren. Tu na pewno każda mama ma doświadczenie, bo to samo się dzieje jak się idzie na plac zabaw. Trzeba jedną ręka kontrolować dziecko, drugą się pakować, jedną półkulą myśleć co się jeszcze przyda, a drugą myśleć o tym czy dzieć jest najedzony, przewinięty, wyspany i czy nie robi czegoś podejrzanego ;) pomoc Taty często ogranicza się do pilnowania dziecka, ale przez obowiązek spakowania Taty spada na mamę ;) (raz nie udało mi się uniknąć pretensji, że nie wzieliśmy Tatowych kąpielówek... :> )

4. Posiłki. Tu pełne kombinowanie. Mieliśmy 2 warianty:

a) Córa najedzona, idzie spać, my lekko głodni również. Po przebudzeniu córa dostaje przekąskę w łapkę i idziemy wszyscy razem jeść do miasteczka. Minusem tego wariantu jest to, że po pojawieniu się naszego posiłku przekąska córy ląduje na ziemi i w ruch idą jej rozkazy co sobie życzy z naszego talerza do zjedzenia. Zwykle jest to talerz mamy :>

b) córa najedzona, dostaje kocyk i wskakuje do wózka, zasypia a my szukamy ustronnego miejsca gdzie inne głodne dziecię nie krzyczy, że chce dziubnąć surówkę z mamy dania. Tak idzie się najeść w spokoju. Minusem jest to że nie zawsze się znajdzie dobre niedrogie jedzenie na uboczu, bez hałaśliwych zjawisk ;)

5. Inni urlopowicze. Kiedyś w necie spotkałam się z zabawnym wykresem piramidowym (piramidalnym czy jak to się tam mówi?). Na górze piramidy był punkt nazwany "JA", niżej centymetr pola nazwany "mądrzy ludzie" i niżej spora reszta piramidy nazwana "Reszta ludzi". Uważam, że polskie wybrzeże powinno znajdować się w Indiach, gdyż ludzie łażą jak święte krowy... Każdy z osobna jest pępkiem świata, najpiękniejszym, najbogatszym i najważniejszym a zaraz po nim po ziemi ma prawo stąpać tylko jego rodzina... Tragedia... :> albo to ja jestem zbyt nerwowa i przez szum w wielkim mieście jestem nauczona, że ludzie poruszają się szybko i sprawnie jak trybiki w maszynie... Nadmorski klimat niestety taki nie jest ;) a manewrowanie wózkiem w tłoku pełnym bufonów to wyczyn :P

6. Inni plażowicze. Typ oczywiście podobny do powyższego, tylko dochodzi sprzęt dzieci i golizna ;) ale generalnie w tej kwestii nie było tak źle. Większość mam rozumiała, że cudze zabawki są najfajniejsze. Tatusiowie już gorzej, ale to pewnie przez skupienie się na piwie :> oczywiście perełki się trafiały - rodzice zaangażowani w sesję zdjęciową na fecebooka (sami ubrani w kurtki, a dzieć goły...) - do tych nasza mała probowała podejść, ale odganiali ja od swojej pociechy :| oraz tacy, do których z kolei my nie chcieliśmy podchodzić, gdyż bił od nich małomiasteczkowy szpan - nawet półroczne dziecko miało tam złotą branzoletkę na ręce... :|

7. Upominki\ pamiątki. Buble straszne :> zakorzeniniono mi że wypada coś dla najbliższej rodziny przywieźć, dlatego idąc na plażę czasem się rozglądałam co jest na topie, ale nic się nie zmieniło... dalej królują muszelkowe kurzołapy i małośmieszne pierdoły ;) po jakimś czasie udało mi się wyszpurać coś a'la praktycznego w postaci nalewki bursztynowej. a córa dostała poduchę z foką i to wsio.


I mogłabym tak jeszcze kilka punktów, ale powiem szczerze, że mnie wena opuściła ;) pisałam to na raty - w czasie dwóch drzemek Gabiny.
Powiecie, że znów narzekam ;P wytłumaczę się, że to pewnie przez to że na drugi dzień urlopu dostałam okres (o tydzien za wcześnie! + mój trwa bite 7 dni, więc mój tyłek nie zaszczycił Bałtyku swoja obecnością), a mój luby tego samego dnia się rozchorował na amen, zarażając po jakimś czasie mnie. Na koniec gorączkę dostała córa i musieliśmy zwinąć się dzień wczesniej do domu :) a pogoda - jak to pogoda, czasem słońce, czasem deszcz...

Podsumowując - pierwszy wyjazd udany :D mimo wszystko, mimo że z Dzieciem to całkiem inna sprawa - fajnie było :) Gabina uwielbiła piach, z wody nie chciała wychodzić, lekka opalenizna jest i nawet wróciłam w końcu zaręczona ;)

A byłabym zapomniała - pamiątka znad morza dla mnie to niekończący się kaszel :P Churchlam jak stary fiat 126p :)

Pozdrawiam, nie buziakuję, bo zarażam ;)

środa, 10 sierpnia 2011

Wspomniałam wcześniej, że "wypoczywam" w domu rodzinnym z córą. Siedzę w nim dalej, a facet pojechał w niedzielę do Poznania do pracy. Z racji że przed wyjazdem zapchałam suszarkę czarnym i gotowanym praniem, mój luby dostał zadanie bojowe aby zrobić ostatnie pozostałe pranie - Gabinkowe + kilka kolorowych. Wytłumaczyłam 3 x jak się używa pralki, skąd się bierze pranie, że trzeba je rozwiesić, a przede wszystkim zrobić je najpóźniej we wtorek (lepiej nie mówić do środy, bo zrobi w czwartek ;) ), żeby wyschło do piątku (dzień pakowania sie na wakacje).

PONIEDZIAŁEK - dzwoni telefon

On - Cześć, wyczyściłem suszarkę!

Ja - Oooo, ale poskładałeś to pranie? (mógł przecież rzucić na łózko)

- Tak.

- A poukładałeś do szaf? (mógł poskładać i zostawić na środku)

- Tak.

- :) (nie śmiałam pytać czy do właściwych)

- Ale to męczące! Strasznie się zmachałem!

- No co Ty! :]

- No mówię Ci! Padam!

- To wyobraź sobie, że ja to robię jak dziecko mi biega, ściąga owe pranie, rozrzuca po mieszkaniu, rozkłada złożone, a gdy w końcu chowam do szaf - jęczy, bo oczekuje uwagi.

- No... (nie słucha mnie, bo przecież właśnie został bohaterem z racji poskładania prania)

- To teraz będziesz robił pranie?

- A skąd! Za bardzo się zmęczyłem składaniem.

- ...

- A muszę się jeszcze wykąpać!

- ... Ale pamiętasz że musi wyschnąć?

- Tak, tak, zrobię je jutro. To kończę, bo zmęczony jestem.

- Taaa, buziaki, pa.

 

WTOREK Dzwoni telefon - 19:30

On - Robię pranie!

Ja - Mhm, a ja kroję warzywa ;)

- I jak mam je zrobić? (nigdy już nie będę czegoś przedwcześnie tłumaczyć...)

- W koszyku na pranie masz ciuchy. W łazience. Wkładasz je do pralki. Wszystkie poza czarnymi i ręcznikami. Popatrz po mieszkaniu czy gdzieś nie leżą Gabinkowe ciuchy i też je włóż. Zamykasz. Wlewasz płyny i ustawiasz program i już.

- OK. to pa.

 

5 min później - dzwoni.

- Załadowałem, co teraz? Co gdzie lać?

- :] do najmniejszej lejesz płyn Lenor, a do środkowej płyn do prania Persil.

- A ile?

- Lenora maximum do "kwiatka" z plastiku, a Persila tak 1 - 1,5 cm.

- OK.

 

Myślę sobie, że bardzo łopatologicznie mu tłumaczę... może przesadzam?

3 min później - dzwoni.

- Ale z tej przegródki do Persila ciągle spływa!

- No tak. ?

- To dlaczego mi nie powiedziałaś?!

- Myślałam, że zauważysz...

- To jak mam nalać 1,5 cm - skąd będę wiedział że tyle jest???

- Musisz to sobie wyimaginować przestrzennie - tak w 3D...

- Taa :\

- A ile już wlałeś?

- Chyba z pół pojemnika (wiem, że przesadza - zachowuję spokój ;) )

- To już starczy. Teraz zamknij szufladkę i ustaw program 4.

- I co dalej???

- Start trzeba wcisnąć...

- OK.

 

GG  3 h później

On - jestem zły, że m inie powiedziałaś o tej przegródce z której ścieka...

Ja - A że pralka się kręci w lewo i prawo też miałam mówić?

- Ale z Lenora nie ściekało, to logiczne że z tej drugiej tez nie powinno.

- Ale jak zaczęło, to myślałam, że się skapniesz :]

- ...

- A dziwiło Cię, że tak się szybko wiruje? :P

- ... :\

- Rozwiesiłeś już?

- Zaraz idę (program trwa 1:24)

- UH, tylko dobrze strzepnij zanim powiesisz bo będzie wymiętolone jak psu z gardła i ładnie rozwieś!

- ok, ok :>

 

Boje się co zobaczę w mieszkaniu :> bo na pewno to powisi do mojego przyjazdu ;) i boje się, czy znajdę swoje ciuchy w szafach, albo czy on znajdzie swoje..

Pierwsze koty za płoty, pierwsze pranie w życiu zrobione. Może mi ten obowiązek teraz zdejmie z głowy? ;) muszę mu postawić pomnik :P

Tagi: facet pranie
12:05, zmeczonasaska
Link Komentarze (7) »
wtorek, 09 sierpnia 2011

Piszę mimo że nie mam czasu ;)

Trochę ostatnio odpoczywam od mojego Dziecia, bo "sprzedaję" ją gdzie się da ;)

Na weekend (na cały dzień, bo nocy bez mamy jeszcze nie umie przeżyć) oddałam ją do teściów z Tatusiem. W pn. siora wzięła mała na 2h spaceru, a wczoraj pożyczyła ją rano na plac zabaw aby Gabryśka się pobawiła z synem jej koleżanki (bo większość koleżanek siory ma dzieci, tylko ona jeszcze nie - starają się..) a wieczorem wywieźli ja do prababci. Także nie jest źle :P

Ale oczywiście to nie znaczy, że mam piękny kolor lakieru na paznokciach, czy gładką cerę na twarzy, bo ja zamiast leżeć do góry brzuchem - pracuję.

I tu myślę, że tkwi problem zmęczenia :] we mnie. Jestem walnięta :]

Nie umiem się położyć jak np. facet i mieć czas wolny, bo dopadają mnie wyrzuty sumienia. Nawet gdy padam na dziub i mam okazję się zdrzemnąć, kładę się już do wyrka, to zaczynam mysleć co mogłabym w tym czasie zrobić.. Że projekt mi leży, że pewnie inwestor odpisał i chce coś zmienić w rzucie, że zbliża się termin złożenia projektu, że pranie, że ułożenie ciuszków, że umyć głowę, odkurzanie, podłogi, że do lekarza muszę iść, że krzaczki w ogródku wsadzić - okazuje się że jest tego spora ilość i wstaję i robię...

Nigdy nie przypuszczałam, że dopadnie mnie jakiś pracoholizm :\ bo jako nastolatka byłam leniem totalnie śmierdzącym i myślałam tyko o zabawie, a tu proszę...

Ale muszę się przyznać, że i tak jest lepiej gdy mogę komuś oddać córę, żeby pracować, niż z nią siedzieć i myśleć ile pracy mi stoi :P

W sobotę jadę nad morze, to może wtedy odpocznę?

piątek, 05 sierpnia 2011

Dziś byłam z córą w Bajkolandzie - jedynej w moim rodzinnym miasteczku i całej okolicy (i tylko 9 zł za godzinę!) ;)

Córa zadowolona i zmęczona :) nie wiedziała co ma ze sobą tam zrobić tyle miała zabawy wkoło :P weszła w piłki, ale nie wiedziała jak ma się tam poruszać. Taszczyła wszędzie wieeeeeelkie piłki takie do skakania (bo ostatnio ma wcisk na piłki - ha potrójne powtórzenie tego słowa - brawo polonistko od siedmiu boleści), Kucharzyła w kuchni w mini domku i sadzała lalki na nocnik i wiele innych. Dziwiłam się, że nie chciała się bawic laptopem, bo jak widzi klawiaturę to chętnie ją niszczy (bam bam!), ale to chyba dlatego, że nie było tam obrazu ;)

Generalnie myślałam, że wypocznę, a wróciłam stamtąd zmordowana jak dzika świnia z bagna ;)

Dobrze, że wzięłam siostrę do pomocy (ok, wytachałam ją sprzed laptopa za włosy i skusiłam darmową kawą), bo się ze mną czasem zmieniała. I miał kto pstrykać foty, mimo że unikam wszelkich form zapisu mojego dziuba. Hmmm aż sobie teraz pomyślałam, że gdyby nie siora, to bym była jeszcze bardziej zorana ;) - za tym moim Diabłem rogatym trzeba ciągłe biegać - i tu na prawde nie przesadzam, bo nie jestem typem mamuśki, która nosi dzieci na rękach, albo głaszcze po każdym upadku! A gdzie tam! Nawet nie zwracam uwagi, przez to przestała płakać za każdym razem i się podnosi bez problemu. Po prostu ona włazi na wszystkie wyżyny i powiem szczerze - nie mam pojęcia jak to robi :-O

Ogólnie było bardzo fajnie :) a zmęczenie było takie duże pewnie przez upał który u mnie dziś panował i fakt że wdziałam na siebie długie jeansy jak ostatnia lama, zamiast coś krótkiego. Lama lama!

Muszę powtórzyć taki wypad! Udoskonalę go jednak jeszcze jakimś towarzystwem dla Gabiny - takim w jej wieku, bo dziś hasały tam tylko 3 dzieciaszki wyglądające na 5 lat (tak, tak, jeden chłopak prawie przetrącił mi dziecko i nie miałam szans zwrócić uwagi szydełkującej mamie, aby poskromiła swojego tarana, bo owa rodzina gadała po holendersku, albo coś w ten deseń :])

 

Tak się dziś starałam bez marudzenia.. i starałam się nie pisać o tym, ale chyba parę zdań dla własnej ulgi muszę - pożarłam się z moim facetem (to jeszcze nie jest mój mąż - nie zebrał się póki co :> ). :\ rany, jaki ten mój jest foszak :] normalnie jak dziecko... Głównie obraża się na osobę najmniej winną (np. mnie) i umie wyżyć się na całej swojej rodzinie. I nawet jak myślę, że wszystko już jest ok, to on ma focha dalej i robi sceny, nie odzywa się, warczy i jest chamski. Wrrr... aż szkoda gadać o co poszło, bo wstyd, że facet potrafi się o takie gówno śmiertelnie obrazić. A najlepsze jest to, że jakbym ja sie obrażała na jego zagrania i numery jakie mi robi, to wyszłoby, że dawno powinnam go rzucić w trzy dupy. Popłaszczyłam się już dziś jak małpa przed nim, myśląc że to załagodzi sytuację, ale nic lepiej nie jest i składam sobie przyrzeczenie, że nie będę fikać kozłów na każdego focha! Koniec robienia z siebie frajerki. A tak szczerze mówiąc, to nie chce mi się po akcji jaką mi jakiś czas temu odwalił.. Może się kiedyś tu z tego wygadam, jak ta sprawa wróci.. a wróci jak bumerang, czuję to w kościach :\ Nie mam nawet ochoty się do niego przytulać przez to (bo to często niwelowało jego focha) czy się starać..Oj niedobrze, bo nie chciałabym, żeby to się rozwaliło, mimo że spada po równi pochyłej...

Uhhh czyli w skrócie - jak nie urok, to sraczka. Jak nie dziecko, to facet. Bo nie może być spokojnie... ;) plus tego wszystkiego taki, że mimo jadki z moim i tak mam dziś bardziej pozytywne nastawienie do wszystkiego niż poprzednio :) dom mi dobrze robi.

 

Ale ja jestem paplara to szok.

Często myślę i widzę sama po sobie, że najlepiej wchodzą krótkie wpisy i ciągle to sobie obiecuję, że wysmaruję coś treściwego i znów zonk. Kłapie dziobem w nieskończoność.

Kolejny etap stawania się kurą domową? :-O

ko ko ko...

 

 

EDIT. po pół godz.

Facet mnie właśnie przeprosił za focha - i weź tu bądź mądrym... :\\ ale co już nerwy straciłam, to straciłam. I mam pewnie kilka nowych siwych włosów ;)

Zastanawiam się czy to przez to że się nie odzywałam do niego pół dnia, czy co? albo mnie potajemnie podczytuje? ciekawe.

środa, 03 sierpnia 2011

Znowu mnie dopadło krzywienie dziuba ;\

Zapowiadał się miły dzień, ale się spierdzielił...

Miałam jechać z córą do kina na babymultikino, dobrze się bawić, wrócić i spędzić miły dzień z facetem i córą, a tu zonk ;\

Córa olała śniadanie, później facet poinformował mnie, że dziś siedzi w pracy do 21, a jutro jedzie na delegację do Gdańska czyli nie będzie go do 3 w nocy i cholera wie co mu szef wymyśli na piątek i do której będzie siedział... A na to wszystko Gabina o 11 (gdy miałyśmy wyjeżdzać do kina) zaczęła fiksować, beczeć, jęczeć, schowała herbatkę (przeszłam całe mieszkanie 5 razy na kolanach szukając butli, a okazało się że córa schowała ją w zabawkach w koszyku o czym raczyła mnie po pewnym czasie poinformować), nie kazała się przewinąć, chodziła jak pijana więc skapitulowałam :\ położyłam ją do łóżeczka i po paru jękach padła spać, a ja zdążyłam się już pobeczeć i spłonąć ze złości 3 razy uhh.. :\

Nienawidzę tej samotności - tego, że cały dzień muszę sobie dawać radę sama z córą, bo facet siedzi w pracy i nigdy nie wiadomo do której tam będzie, bo pod sam koniec dnia jego szef ma w zwyczaju mu wymyślać jakieś mission impossible które wydłużają jego pobyt w robocie o kolejne 2h. Nic nie idzie przez to zaplanować, żadnego wspólnego wieczoru, wyjazdu ani nic, a ja przez kisnę sama z małą Diablicą, która widzi jak się pieklę i udziela jej się mój nastrój... Boję się, że przez to wszystko się popsują moje relacje z moim facetem, bo ja chodzę zmęczona pod koniec dnia, rozdrażniona, on też zmęczony po pracy i nie mamy czasu nawet pogadać ze sobą... :\ do dupy

Mam koleżanki, ale te poznańskie nie mają dzieci więc nie kumają tematu, mają swoją pracę, facetów i nie w głowie im siedzenie ze mną na placu zabaw - też mi koleżanki :>

Próbowałam przygruchać sobie jakąś mamuśkę w parku, ale albo są jakieś patologiczne z szurniętymi dziećmi (raz mi się trafiła przechwała, raz sadysta, raz uciekinier itd.), albo patrzą na mnie i mnie zlewają :\ to chyba przez mój wygląd - wyglądam jak 16-latka... Z dziuba i z ciuchów, bo lubię się ubrać w poszarpane jeansy i zwykły top, a to na mamę nie wygląda, tylko na nastolatkę - ale nie mam zamiaru wbrew sobie ubierać się jakoś "starzej" bądź "stylowo" tylko po to żeby komuś się przypodobać. Do tego jestem chuda i prawie nie mam cycków ( ;) ) A z dziuba - bo nie używam żadnych tapet - nie lubię, oczy mi od tego łzawią, tylko mam permanentny na oczach i tusz do rzęs. Wniosek że wyglądam jak gówniara wysnułam po tym, że zawsze się mnie pytają o dowód gdy kupuję coś dla pełnoletnich w jakimkolwiek sklepie.. :\ Do tego mam jakiegoś bloka, który mi się włączył w ciąży - jakaś chora nieśmiałość mnie złapała i nie umiem podejść do obcej babki i zacząć z nią świergolić - jakiś chory dystans mam wrrr...

Jadę sobie z tego Poznania dziś w cholerę - do rodzinnego domu. Może nazbieram trochę sił... może, bo tam też jestem skazana do 17 na siebie - mamuśka w pracy, ojciec nie żyje, a starsza siora jak się przyssie do laptopa, to w nosie ma cały świat i otaczający ją w jej pokoju burdel i mnie z córą :> ale pewnie pojadę do mojej babci odsapnąć, o ile pogoda się nie spierdzieli...

Uh nie ma to jak się "wygadać"...

Idę... wynieść śmieci, robić pranie, jedzenie i się spakować.

Miłego popołudnia Wam życzę, ba - sobie też, może się coś poprawi.

poniedziałek, 01 sierpnia 2011

Łoo ale się dziś zirytowałam :\

Nienawidzę psów! Nie, wróć - nienawidzę durnych właścicieli psów!!!

Otóż mieszkam sobie przy niewielkim parku w Poznaniu i stojąc sobie na balkonie za każdym razem obserwuję jak właściciele swoich czworonogów wyprowadzają je do parku. I widzę jak 85% psów sra a właściciele w tym czasie palą fajeczkę, plotkują z psiapsiółkami, albo zwyczajnie dłubią w nosie i? I NIC! I jak psiutek skończy komponować swoje dzieło wielkości swojej głowy, idą sobie w najlepsze przed tv obejrzeć kolejny serial lub mecz zostawiając prezent dla innych użytkowników parku :\

Psioczę na ten temat już od wieków, ale dziś po wjechaniu wózkiem w ogromną rzadką kupę jakiegoś kundla - dwoma kółkami! - mam dość. Nie można nawet puścić dziecka na trawę, bo trzeba za nim (a właściwie przed nim) łazić i doglądać żeby pociecha nie wdepła, nie upadła, nie zjadła gówna :\ mam dość uważania na spacerze w co wjeżdżam! Albo później szukania kałuży i liści żeby domyć kółka!

Gdzie jest straż miejska??? ano woli przy PKP wlepiać mandaty spieszącym się na pociąg ludziom, którzy przebiegają na czerwonym...

Może Ameryki nie odkryłam tym wpisem, bo tak się dzieje w każdym miejscu, ale

Od dziś biorę aparat na spacery, będę go dzielnie dzierżyć w ręce i pstrykać foty każdemu właścicieli którego pies będzie srał! o! Ciekawe co powiedzą.

Wrrrr ;\

niedziela, 31 lipca 2011

Dziś krótko, bo jestem padnięta po pierwszej wycieczce na basen z małym Diabłem.

 

Kilka dni temu pisałam, że córa mi wchodzi na fotele i kombinuje jak koń pod górkę jakby wejść jeszcze wyżej.

Muszę się pochwalić, że okazało się że rozwiązanie tego problemu jest bliżej niż mi się wydawało - otóż siedziało sobie na telewizorze :p

Kiedy Gabina weszła na fotel jak zwykle szukałam przedmiotu którym mogłabym odciągnąć jej uwagę od wspinaczek i ściągnęłam z tv małą figurkę słonia i UWAGA - ku mojemu zdziwieniu okazało się że się owego słonia boi :]

Pięknie, po prostu pięknie :)

Od tego czasu słoń stoi na poręczy fotela i pilnuje :] a córa nie podchodzi do niego tylko pokazuje palcem krzywiąc się i komentując go zgrabnym "E".

Oczywiście miewa przebłyski odwagi i robi pod niego podchody, ale wtedy podle mówię "łoo to jest potwór, gryzieee" i odwaga ucieka.

Że niby się nie straszy dzieci taaa? Trudno! Muszę sobie radzić, a nie się zastanawiać czy Gabrina nie rozbija sobie głowy o podłogę.

A oto wizerunek potwora i jego ogrom (w porównaniu do standardowej spinki dla dzieci):

potwór słoń

Prawda że straszny? ;)

pozdrawiam

Tagi: dziecko
22:37, zmeczonasaska
Link Komentarze (1) »
piątek, 29 lipca 2011

Zastanawiam się czasem czy sąsiedzi nas słuchają i myślą o tym co robimy ze swoim dzieckiem.

Wynajmuję mieszkanie w bloku, gdzie ściany mają uszy..

Wnerwiał mnie fakt, że tylko ja potrafię uśpić swoje dziecko - nie tata, nie babcia, nie kot, tylko wyłącznie ja. I po wepchnięciu w córę odpowiedniej dawki kaszki nie mogę sobie usiąść wieczorkiem z piwkiem przy pracy na ten drugi etat, tylko jeszcze muszę prosić Gabryśkę żeby swoją słodką dupkę położyła koło mnie i usnęła. Dlatego podjęłam decyzję że nauczę ją usypiać SOLO w swoim łóżeczku.

Na szczęście od początku swojego istnienia śpi w swoim łóżeczku (usypiana leżąc przy mnie, przekładana po zaśnięciu). I chwalę sobie takie podejście, bo gdyby spała ze mną i z moim P.-nikt by się nie wyspał (a uważam za bezsens wywalanie faceta na kanapę, żeby móc spać z dzieckiem !!).

Od 3 dni z nią walczę. Wkładam do łóżeczka, daję 2 ulubione kocyki, sama kładę się do łóżka i udaję że idę spać i powtarzam, "Gabrysia idź spać, zrób kulu lulu, weź kocyk i spać".

Pierwszy dzień - masakra. Ryk (tak szczerze mówiąc to mała symuluje i na siłę udaje jej się wycisnąć max jedną łzę) przez pół godziny ;) poległam i usnęła przy mnie. Drugi dzień - ryk 20 min - ale się udało. W końcu się uspokoiła,  pokręciła się i zasnęła. Trzeci dzień - dziś - ryk 5 min i spokój, kulululu i padła HURRAAA :)

Z sypialni wyszłam dumna jak paw :P

Co prawda przypuszczam że akcja trwała tak krótko bo Gabina była padnięta jak kawka, no ale... Idzie chyba nieźle :] Z tym że facet mi powiedział, że jemu to żal naszej córy że tak płacze, a mi to chyba jej nie żal wogóle... Taaaa mam serce z kamienia :]

 

Aaaa a jutro spędzamy weekend rodzinnie w trójkę. Często jeździmy do swoich rodzin na weekendy (co obpsioczę innym razem), ale tym razem zarządziłam pozostanie w mieszkaniu - mój P. dostanie w kość to od razu mu serce skamienieje na tą naszą małą Diablicę ;)

Ależ ja jestem wredna no ;)

 

Swoją drogą - właśnie uczyniłam powyższe - uspiłam sobie dzieciątko i zasiadłam do bloga informując lubego o moich zamiarach,a jego wzięło na przeszkadzanie ;] Tak jak przez spory czas potrafi się do mnie nie oddzywać, bo ogarnia sobie konto na Travianie (taka gra online, kto wie to wie uhh), tak teraz nagle ma pięćset tematów i mnie tu zagaduje i rozprasza :] mówię mu "cisza piszę, 10 min" i jest minutę spokój i od nowa, no kurde się uparł. :> heh gdzieś dziś czytałam o tym, że jak faceta się zaczyna troszkę olewać to zaczyna się interesować swoją kobietą.. uu czyżby to była prawda? pomijam fakt, że mojemu facetowi nie podoba się mój blogging, ale to też innym razem ;)

 

PS. Ciekawe jak długo potrwa nauka zasypiania solo w łóżeczku... Ma ktoś może takie doświadczenia? Jeśli tak, to w jakim wieku było owo dzieciątko i jak poszła nauka?

pozdrawiam cieplutko i chyba już dobranoc

Zmęczona Mama

Wypromuj również swoją stronę Daisypath Happy Birthday tickers