RSS
czwartek, 28 marca 2013

U nas jest taki zwyczaj, że dzieciom na Wielkanoc daje się zajączka. O proszę tu klik.

My rodzice mieliśmy w planie dać drobne słodycze, ale dziadek Biśki się wyłamał i powiedział, że chce dać coś większego. Dlatego wymyśliłam, że warto dać małej grę (nie na komputer oczywiście, tylko taką na stół). Bo kolejne zabawki są zbędne. Dlatego podczas dzisiejszych "świątecznych" zakupów znalazłam ciekawą grę i wpakowałam do koszyka. Z zakupami wnieśliśmy ją do domu, a Ojciec miał ją wieczorem zawieźć do dziadków, aby u nich Biśka dostała ją "od Zajączka". Niby proste. Po kąpieli małej Ojciec zwinął grę i pojechał z nią do swoich rodziców.

Aż tu nagle po godzinie Biśka przypomniała sobie, że jej trzecie oko zarejestrowało ciekawe pudełko, trzecie ucho usłyszało magiczne słowo "GRA" i zawołała, że ona chce. Teraz. Grać. W tą grę, która stoi w wiatrołapie.

Mama: Eeeeeee?

Gabrysia: No stoi tam, przy wejściu, zagrajmy!

M: Ale, ale późno, idziemy spać.

G:Mamusiu, proszee... (i zaczyna wylewać grochy)

M (dobrze wiedziałam, że gry nie ma): No to idziemy szukać.

Poszłyśmy. Rozglądamy się. No nie ma.

M: Widzisz, nie ma. O kurczę! Ja wiem co się stało. Przyszedł zajączek wielkanocny i ją capnął. Pewnie chce, żebyśmy uszykowały dla niego koszyk i marchewkę i wtedy przyniesie nam rano grę!

Biśka w ryk. Taki rzewny. Aż serce się kroi.

M: Dobra, dzwonię do zająca. Czekaj.

I dzwonię do Ojca. Szybki plan. Że my uszykujemy koszyk, ustroimy, zostawimy marchewkę, a on ma włożyć grę do koszyka, a marchewkę odłożyć do lodówki. Dobra. Klepnięte. Najwyżej się dziadki obrażą. Jutro się okaże ;)

Udało mi się uspokoić panienkę, zmontowałyśmy koszyk i podarek dla kicka, magiczna historia zadziałała, dzieć zacieszony. Biśka natychmiast chciała lecieć spać, aby było już jutro. Musiałam jednak zebrać rzeczy, lekko ogarnąć salon. Dzieć czeka. I nagle jej się przypomniało...

Gabrysia: Mamo... Ale nie możemy kickowi oddać mojej marchewki...

Mama: Dlaczego? Ale gra, przekąska?

G: Mamo, ale ja przecież też lubię marchewki...

I masz... ;)

 

Zakończenie historii dziś - udowodniłam dzieciowi, że mam dla niej zapas marchewek i wystarczy i dla niej i dla zająca ;) ciekawe czy rano będzie pamiętać...

Jak już tematycznie, to zdrowych, wesołych a mimo to spokojnych Świąt życzę :*

23:29, zmeczonasaska
Link Komentarze (5) »
czwartek, 21 marca 2013

Żyję jakby co. Tylko że nie mam czasu. I nie miałam dostępu do sieci.

Po 3 tygodniach walki z Orendż mamy internet. Juhu!

Od miesiąca mieszkamy we własnym pięknym domu (bity tydzień sprzątaliśmy dom po remoncie) uf!

Poza swoimi projektami od 2 tygodni współpracuję z panią architekt z miasta gdzie mieszkam i ledwo widać mi nos zza roboty. Nie nie - nie narzekam, lubię swój zawód, praca jest i jest fajna a zlecenia różne. Ba, np. projektuję dom dla siatkarki z kadry Polski i mam nadzieję, że za jakiś czas będzie do obejrzenia w MTV Cribs ;)

Tylko że chciałam dodać, jak w tytule bloga, że jestem zmęczooooona.

Natłokiem papierów, lataniem, bieganiem, spóźnianiem moim i innych. Tu sprawy urzędowe, tu praca, tu zapisy do przedszkola i przemeldowanie dziecia (co to za głupi pomysł, żeby w marcu zapisywać dziecko na wrzesień?!), tu trzeba sprzątać, tu załatwić telewizję, tu... No padam na dziub. Ogłaszam wszem i wobec, że doba jest za krótka i ciągle brakuje mi 12-24 h.

 

Ku pokrzepieniu serc(a mego) dialog na rozluźnienie:

Biśka: Tato, masz tu kaczki, baw się, gadaj!

Tata (po walce z kotłownią, bierze kaczkę i gada): Słuchajcie mnie inne kaczki. Odkurzałem dziś, zmywałem, układałem węgiel, darłem kartony, ogarniałem plastiki i jest jedna sprawa.

B: Jaka kaczko jaka?

T: Zrobiłem to wszystko i jednego czego mi teraz trzeba... Słuchajcie kaczki uważnie! Jednego czego mi trzeba to ŚWIĘ - TE - GO?

B: MI - KO - ŁA - JA !! to ja przyniosę!

 

No. To Merry Christmas na tą cudną wiosnę ;)

Tagi: dziecko matka
15:03, zmeczonasaska
Link Komentarze (5) »
niedziela, 27 stycznia 2013

Zabieranie zabawek kuzynowi jakoś nie ustawało. Podobnie jak moje tłumaczenia.

W międzyczasie na okrągło próbowałam dowiedzieć się z jakiego powodu Biśka zabiera Kubie zabawki. Mała nauczyła mnie zadawać bardzo ważne pytanie "dlaczego?". Łaziłam za nią i do wyrzygania pytałam się "dlaczego, dlaczego, dlaczego zabierasz Kubie zabawki, kiedy on zaczyna się nimi bawić?" I stało się. W końcu pękła i się wysypała.

- Mamo, bo on je ślini i później są mokre!

Masz Ci los. Prosty powód.

Ruszenie pamięcią i późniejsze wnikliwe obserwacje wykazały, że faktycznie - Biśka zabiera kuzynowi zabawki tylko pluszowe. Na plastiki nie reaguje.

- Mamo, bo gryzaki i plastikowe można myć. A misie są mokre bardzo długo.

Z ciotką staramy się tolerować tą zasadę. Ja nie lubię dotykać oślinionych (nie przeze mnie ;) ) rzeczy, więc dziecko też ma prawo mieć taką niechęć. Gdy kuzyn trzyma w rękach maskotkę Biśki, pilnujemy aby jej nie brał do dziuba. A gdy ma chrapkę na swojego pluszaka, po prostu odwracam uwagę małej, aby nie narobiła rabanu. Bo przecież nie zabronię chłopakowi smakować swoje gajgi. Biśka się trochę uspokoiła. Teraz gdy ma ochotę podzielić się zabawką (tak! ona czasem chce dać coś swojego - niebywałe!), zawsze pyta mnie czy dana rzecz jest plastikowa albo czy można ją później umyć.

Grunt, to rozmawiać z dzieciem.

Tagi: dziecko
23:05, zmeczonasaska
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 21 stycznia 2013

Juszę się. Wiecie, te dni u kobiety. Te zachlastane.

Latam do kibelka na akord. Za mną biega Biśka. Ktoś kiedyś napisał, że Bobovita nie kłamie pisząc wszędzie "Zawsze z Tobą mamo".

Wbijam się w moje okresowe gacie. Młoda kręci się, grzebie w szafkach, rozciąga papier toaletowy po całej łazience, moczy go gąbką. Jednym słowem jest bardzo pomocna. Ze wszystkich sił stara się, abym nie miała spokoju przy ogarnięciu się. Nie chce mi się z nią użerać. Nagle zamiera i mi się przygląda.

Biśka: Mamo masz ałke!

M: Taa... Skaleczyłam się...

B: Ale co to za ałka?

M: Kobiety tak mają, wstrętna sprawa (no optymizm to ze mnie nie bije)

B: Ale mamusiu! Nie przejmuj się. Masz słodziutkie gacie!

M: Te? Wielkie?

B: Przepiękne! W gwiazdki! Wyglądasz ślicznie!

 

No dobra. Chociaż tyle ;)

Tagi: dziecko
12:53, zmeczonasaska
Link Komentarze (12) »
niedziela, 20 stycznia 2013

Biśka bywa głucha. Bądź jak kto woli - posiada słuch wybiórczy.

Przypuszczam, że w uszach wyrosły jej klapki, które zamykają się na słowa "nie wolno, szybciej, ubierz, posprzątaj".

Próbuję choć uchylić te klapki słowem "proszę", jednak nic z tego.

W sytuacji gdy ubiera się dłużej niż 20 minut (oczywiście wtedy gdy się bardzo spieszymy) mój nerw niebezpiecznie wzrasta i zdarzy mi się syknąć pod nosem bluzgę. Powoduje ona delikatne drgnięcie klapek i dzieć wykazuje chęć współpracy przez najbliższe 60 sekund widząc erupcję wulkanu w moich oczach.

Drobne przekupstwa nie działają. Na większe nie dam się skusić. Albo mnie nie stać, albo nie mam zamiaru dać się dymać.

Tłumaczę, rozmawiam, przekonuję, gryzę się w język, używam stanowczego tonu, przytulam, znów tłumaczę, czekam, czekam, czekam w nieskończoność.

Klapki zalewają się szczelnie woskowiną w okolicach godziny 17, kiedy młoda bywa rozdrażniona. Nie pozwalam jej wtedy spać, gdyż walczyła by ze mną do 23. Wolę ściągać ją co chwilę z głowy, niż być udupiona do nocy.

 

Przeprowadziłam dziś test na potwierdzenie jej słuchu wybiórczego:

Mama: Biśka, ubieramy się, zakładaj sweter (czekam z uszykowanym rękawem).

Biśka: …

M: Gabrysia, sweter. Wkładaj rękę proszę.

B: … (kręci się)

M: Halo. Ziemia. Wychodzimy, ubieramy się.

B: … (mamrocze do siebie nie na temat)

M: Gabrysia, czekolada!

B: Jaka czekolada??

M: Czekoladowy sweter! Ubieraj.

B: …

 

I zonk. Uszy zatkały się ponownie. Zastanawiam się nad kupnem wiertarki udarowej, bo szczota do butelek może sobie nie poradzić z tym zatorem.

Tagi: dziecko
23:07, zmeczonasaska
Link Komentarze (7) »
piątek, 11 stycznia 2013

Nie, nie poszła jeszcze do przedszkola. Pomieszkujemy u mamy, więc Biśka ma codziennie kontakt z drugim dzieckiem. 7-miesięcznym kuzynem Kubą.

Dzieciaki się często bawią. Wiadomo, nie układają klocków, nie jeżdżą na rowerze czy nie grają w szachy. Zabawa polega na tym, że Biśka biega wkoło Buby, udaje wróżkę, czasem podleci, 'przeczyta' książkę kuzynowi i leci dalej. Niestety wspólna zabawa wyciągnęła z młodej cwaniarę. Widzi, że ma przed sobą mniejszego towarzysza, który jest słabszy. I zazwyczaj jak Kuba złapie coś ciekawego, ona podchodzi i mu to zabiera. Ba. Jeśli jest to jej ulubiona maskotka to jest w stanie ją wyrwać siłą. Nie karcę. Ale później na boku tłumaczę, że nie bardzo, że on zaraz jej odda, że nie zje, że ona ciągle pożycza jego zabawki, że warto się dzielić, że on tylko obejrzy, że się nie wyrywa, że zabawek wkoło jest 3 tony. Idzie opornie. Jak ją ruszy sumienie, to się dzieli. Próbowałam jej mówić, że nie byłaby zadowolona, gdyby starsze dziecko jej coś wyrywało z rąk. Sztukę do ogarnięcia mam oporną. Mimo wszystko fajnie, że ma możliwość obcowania z innym dzieckiem.

 

Gabrysia - Nie lubię chłopców.

Ciocia - Ale Kuba to przecież chłopiec, lubisz Kubę?

G - Tak, Kubusia to kocham!

 

I tak pół dnia: "co robi Kuba?", "Dlaczego śpi?", "Idziem do Kuby?", "Mamo, ja będę się opiekować Kubą".

 

Co ciekawe, tylko Biśka ma moc rozśmieszania kuzyna (bo coraz trudniej go już rozśmieszyć ;) ). Po prostu podchodzi, klęka i szeptem mówi do niego 'hap hap hap'. Za każdym razem się chłopak śmieje. Pomijam fakt, że ciągle patrzy w nią jak w obrazek i wprost wyrywa się by już z nią biegać.

Fajnie. Z siorą lubimy patrzeć jak dzieci się dogadują. Nawet jak się przepychają po jakąś zabawkę, to często nie reagujemy. A niech sobie radzą :)

Tagi: dzieci
20:51, zmeczonasaska
Link Komentarze (11) »
niedziela, 06 stycznia 2013

Kończymy przygodę z Poznaniem. Wyprowadzamy się definitywnie. Jutro jadę nas pakować. No nareszcie. Tułaczka zaczęła mnie już denerwować. Duże miasto mnie zmęczyło. Walenie komuś czynszu co miesiąc też mnie już drażniło. Mieszkałam w Szczepankowie, na Wildzie, w centrum na Półwiejskiej, na Winogradach, ponownie w centrum na Taczaka (tu już z mężem), na Ratajach (tu już z Biśką) i w dwóch mieszkaniach na Górczynie. Osiem przeprowadzek. W środę przeprowadzamy się (przed)ostatni raz. 'Przed', gdyż mam cichą nadzieję, że kiedyś na starość uda mi się wybudować dom marzeń od podstaw ;)

Remont gruntowny domu, w którym mamy mieszkać jeszcze nie jest całkiem skończony, ale wypowiedzenie zostało złożone miesiąc temu, więc wynieść się trzeba. Nie ubolewam nad tym.

Biśce od paru dni tłumaczę co się dzieje i co się będzie dziać. Wygląda na to, że póki co ogarnia. Cieszy się, że będziemy mieć swój dom, duży ogród, przedszkole pod nosem, koleżanki, kota i skończy się jeżdżenie do rodziców w odwiedzinki 100-130 km. No dobra. To ostatnie najbardziej cieszy mnie ;)

A jeszcze Palmiarnię musimy pożegnać. A jeszcze z kumpelą muszę się spotkać. A jeszcze muszę spakować cały majdan w kartony. Coraz częściej uważam, że 24 godziny w dobie to stanowczo za mało.

Tylko pogoda coś przekorna. Śnieg z deszczem. Oby w środę śnieg nie sypał, albo co gorsza nie marzł. Muszę na ten temat pogadać z młodą, bo od rana biega i tańczy taniec śniegu (?!). I proszę, tak, to jej wina, że spadło to białe świństwo...

Poznaniu, dziękujemy i żegnamy. :)

16:29, zmeczonasaska
Link Komentarze (4) »
piątek, 21 grudnia 2012

Tak "na zaś". Gdybym przypadkiem zapomniała, albo gdyby się okazało, że pożarła mnie głęboko mrożona 'świeża' ryba ;)

Wesołych\spokojnych\zdrowych\radosnych* Świąt życzę.

*można sobie wybrać.


 

Kartka tematyczna pod założoną dziś przeze mnie firmę ;)

szopka

19:01, zmeczonasaska
Link Komentarze (8) »
sobota, 15 grudnia 2012

Nie miałam netu. Jak się nie ma po co podchodzić do kompa, to okazuje się, że dzień jest długi i po zrobieniu rzeczy podstawowych jest pełno czasu np. na sprzątanie.

Toż zabrałam się za przegląd szafy Biśki. Oczywiście w towarzystwie najbardziej nudzącej się panienki (bajek w tv też nie było). Zorganizował się mały chaos w pokoju, gdyż ja przeglądałam rzeczy, składałam je, odkładałam na odpowiednie kupki, a młoda kręcąc się wkoło w zadziwiającym tempie je rozrzucała. Na drugie mam Syzyf - jestem przyzwyczajona do takich zabaw ;)

I tak grzebała w stosie ubrań, po czym natrafiła na sukienki.

G: Mamo co to za sukienki?

M: Twoje Biśko.

Nie ubieram dziecka w sukienki. Mała zazwyczaj chodzi w wygodnych spodniach i koszulkach. Oczywiście wygląda w nich jak dziewczynka, nie jak lump. Niewyprasowana na kant, ale dziewczynka. Dostałabym nerwicy lvl 99, gdybym musiała ją wbić co rano w rajstopki, bluzeczki, sukienki czy spódniczki. Przed kawą to istny strzał w kolano. Do tego pamiętając ile się namęczyłam i nasłuchałam wrzasków, pół dnia stałabym nad nią i sprawdzała czy prosto celuje do dziuba kanapką z dżemem jagodowym. Oto byłby strzał w drugie kolano.

Ale przyszedł ten dzień.

G: Mamo. Ja jestem dziewczynką. Będę nosić sukienki. Są takie słodziutkie.

M: Taaa? A która Ci się podoba?

G. Wszystkie! Różowe! To kolor dziewczynek.

 

I masz... Gabryśka często życzy sobie wyglądać jak lizak. Z posypką. Szczególnie wtedy gdy zakłada spódniczkę pod sukienkę.

23:20, zmeczonasaska
Link Komentarze (5) »

Gabrysia: Mamo! Włosy wpadają mi do oczu!

Mama (z upapranymi łapami, bo robi obiad): Odgarniaj. Zaraz przyjdę.

G: Mamo, to popraw mi kitkę.

M (pani woła sługę. mus to mus. myję ręce): Idę idę.

Poprawiam kitkę, zebrałam włosy z oczu.

M: Poprawiona. Lepiej już?

G: Lepiej. Czasami myślę, że jestem geniuszem!

 

Hmm... To mniemanko to chyba po Tacie ;)

Tagi: dziecko
19:30, zmeczonasaska
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 14
Zmęczona Mama

Wypromuj również swoją stronę Daisypath Happy Birthday tickers