RSS
wtorek, 27 listopada 2012

Może zapeszam. Może to nudne, że znów o siuśkach i pieluchach. Ale mój blog, mój śmietnik. To piszę. Ku pamięci.

Kilka dni temu do mojej siostry wpadła w odwiedziny koleżanka z córą 2 latka. Ja w tym czasie byłam w ich domu obecna z Biśką. No to hop - dziewczyny do zabawy. Jedna i druga - typ wybredny - z byle kim się nie bawią. Ale traf chciał, że akurat idealnie przypadły sobie do gustu i bawiły się przebajecznie. Nowa koleżanka Biśki miała super skilla - siusiała na kibelek. Co lepsze, chciało jej się coś grubszego, więc wołała do WC co 10 minut. Moja młoda bardzo zainteresowała się sytuacją i informowała, że idzie do swojego pokoju, a tak na prawdę szła na przeszpiegi, aby dowiedzieć się co dokładnie robi mała Basia w łazience z mamą.

Musiała sprawę przemyśleć, bo wczoraj coś ją pikło i stwierdziła, że życzy sobie zdjęcia pieluchy. Bo ona "będzie robić siku na kibelek JAK BASIA". Trzask prask i właśnie mija doba odkąd Biśka chodzi bez pieluchy, informuje, że ma potrzebę i załatwia te sprawy na kibelku (no dobra, z jedną wpadką, ale to się zagapiła). Jutro na białym koniu jedziemy galopem po nakładkę na wucet, aby mała dupka nie musiała wisieć na moich rękach nad przepastnym otworem.

W końcu. Pseudomądrym, wścibskim głowom, które w kółko mi powtarzały, że już dawno powinnam odpieluchować dziecko, mogę pokazać figę z makiem (tak naprawdę mam na myśli inny palec...). Moja teoria, że 'do zrzucenia pieluchy trzeba dorosnąć i że nagle przyjdzie dzień na tą decyzję' nabrała sensu. Bez wariactw. Cieszę się, że nie trułam głowy Biśce koniecznością chodzenia w samych gaciach, bo świat tak chce.

Teraz w kółko słyszę "Mamo, mam plecak i papcie. I umiem robić na kibelek, kiedy pójdę do przedszkola?".

Pięknie. Ledwo przestała walić w pieluchę, a już chce wolności od matki ;)

00:18, zmeczonasaska
Link Komentarze (9) »
piątek, 23 listopada 2012

Dotarliśmy do ulubionego pytania rodziców "DLACZEGO?"

Dzieć wziął mnie dziś za kudły i przeorał mną pole za oknem. Tak się czuję.

Zniknęły nam popołudniowe drzemki. Przez to Biśka o godzinie 17 jest przemarudna. Plusy: zasypia ok 20. Minusy: ja o 20 zazwyczaj czuję się na 23:30. Musiałam jej narzucić brak snu w dzień, bo jeśli zalicza drzemkę (zazwyczaj chce odpocząć dopiero o 17-18. Jeśli chce o 14, to ma na to pozwolenie), to spać idzie o 23. W sumie tak źle i tak niedobrze, bo równo jestem padnięta, ale przynajmniej o 21 mogę sobie wypić w spokoju piwo.

Wracając do nieszczęsnego 'dlaczego'... Cały czas powtarzałam, że nie ubolewam nad faktem, że dzieć zaczął późno mówić. Mimo to uważam, że powinni drukowanymi na plakatach informować, że ten etap jest taki upierdliwy. Ja rozumiem, że ciekawość, że chęć wiedzy, że ona nie wie. Póki co zawsze odpowiadam spokojnie i wyczerpująco na wszystkie pytania. Pod warunkiem, że nie zatnie jej się płyta i w nieskończoność pyta o to samo. A po 17 Biśka chwyt ten stosuje do upadłego. Próba 'złapania tchu na 20 min' czyli oglądanie TV z nią nie wchodzi w grę. Nic nie słyszę, bo mała plumkająca istota pyta mnie o powód każdego ruchu na ekranie. Ciekawość jej idzie najdalej gdy siedzimy u babci i przyjedzie klient. Mała wyciska ze mnie wszystkie informacje przez cały czas pobytu interesanta (czasem ponad godzinę): "kto to?", "a po co przyszedł?", "a pokażesz mi go?", "a dlaczego buduje domek?", "a jak się nazywa?", "a dlaczego rozmawia?", "a dlaczego pisze?". "a dlaczego wychodzi?", "a dlaczego jedzie?", "a dlaczego ma dzieci?" i to wszystko proszę sobie pomnożyć x 7 i jeszcze dodać na końcu silnię.

Nie. Odpowiedź "nie wiem" jej nie satysfakcjonuje.

Mam ochotę spytać DLACZEGOOOO??? ;)

21:34, zmeczonasaska
Link Komentarze (6) »
piątek, 16 listopada 2012

Byłam dziś z dzieciem w Urzędzie Pracy.

Odwiedziłyśmy 3 pokoje. W każdym poziom ożywienia Biśki wzrastał. Pomijam fakt, że największa nuda jej doskwierała na korytarzach w czasie oczekiwań. W pierwszym grzecznie zadawała pytania. Jak z karabinu. W drugim sprawdziła miękkość wszystkich możliwych krzeseł i stopień odbijalności smoczków od podłogi. W trzecim pokoju, które od innych pomieszczeń parteru było oddzielone tylko szkłem, zasiadła na krześle i odpowiadała na wszystkie pytania zanim ja zdążyłam pomyśleć.

Babcia Biśki wieczorem dostała telefon, że ma uroczą i zabawną wnuczkę, która na cały parter wykrzykiwała "Do widzenia pani Genia, kup se trąbkę do pierdzenia!!!".

Uh... Cóż. Nie szło jej powstrzymać. Wszystkim chciała dać znać, że jest już znudzona...

Tagi: dziecko
22:10, zmeczonasaska
Link Komentarze (6) »
środa, 14 listopada 2012

Zebrałam się. Troche to trwało, bo dziewczyny poszalały i nominacje są aż trzy, od maartaa33, aotahi i ela-ruda.

Dziękuję bardzo :) Jadę po kolei tak jak byłam nominowana.

 

Wyróżnienie Liebster Blog otrzymywane jest od innego blogera w ramach uznania za "dobrze wykonaną robotę". Jest przyznawane dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów, więc daje możliwość ich rozpowszechniania. Osoba z wyróżnionego bloga odpowiada na 11 pytań zadanych przez osobę, która blog wyróżniła. Następnie również wyróżnia 11 osób (informuje je o tym wyróżnieniu) i zadaje 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, z którego otrzymało się wyróżnienie.

 

I zestawy pytań:

 

Pierwszy:

1. Czego się boisz? - Trochę by się tego uzbierało, ale najbardziej tego, że za szybko umrę.

2. Co jeszcze chcesz osiągnąć w życiu? - zaprojektować i zbudować dom moich marzeń - zboczenie zawodowe..

3. Styl klasyczny czy nowoczesny? - nowoczesny, jeśli chodzi o przedmioty.

4. Jakbyś urodziła się jeszcze raz to kim byś chciała zostać? - zawód mamy i architekta mi się podoba. Ale chciałabym się urodzić w małym kraju np. Andora albo San Marino, głównie ze względu na podatki ;)

5. Kto Ci imponuje? - moja mama i córka.

6. Masz dla siebie 3dni co robisz? - Pierwszy dzień leżę i doprowadzam się do stanu minimum 'dobry', wieczorem idę potańczyć w klubie z kumpelą. Przez kolejne dwa dni sprzątam i pracuję. Po kilku godzinach dnia pierwszego zaczynam się martwić i rozmyślać o młodej...

7. Szybko czy wolno? - za szybko :(

8. Ostre czy słodkie? - słone. Słodkiego zazwyczaj nie jem - nie smakuje mi.

9. O czym myślisz przed zaśnięciem? - żebym wreszcie przestała myśleć i zasnęła ;)

10. Czego byś za nic w świecie nie zrobiła? - nie zabiłabym swojego dziecka (mignęła mi dziś fotka 'mamy' Madzi i to pewnie stąd ta myśl)

11. Lepiej przed 20stką i w czasach szkolnych czy po 20stce w dorosłości? - ostatnio często wspominam z kumpelą czasy przed 20stką - wybieram te, bo wtedy nam do głowy nie przychodziło ile ma się później problemów i zmartwień ;)

 

Drugi:

1. Transport własny czy komunikacja publiczna? - własny. Ale swoje wyjeździłam w komunikacji publicznej ;)

2. Wino białe czy czerwone? - wino. Każde.

3. Ranny ptaszek czy raczej nocna sowa? - nocna sowa huuhuu

4. Do kina czy na film? - na film. Bo do kina idzie się na film! Żadnych przeszkadzaczy!

5. James Bond: Sean Connery czy Daniel Craig? - Daniel Craig. W końcu do tej roli dali aktora który mi się podoba ;)

6. Wymarzone wakacje: all inclusive w eleganckim hotelu z basenem, czy trekking z plecakiem przez odludzie? - All inclusive. Mmmmmm bo nie miałam jeszcze okazji.

7. Na śniadanie kawa czy herbata? - kawa. Nawet przed śniadaniem. Czasem zamiast.

8. Okulary czy soczewki kontaktowe? - brak. Ale gdyby (tfu tfu) to pewnie soczewki.

9. Ulubiona pora roku to zima, czy jednak lato? - lato. Nienawidzę zimna i tej tony ciuchów.

10. Wypad na długi weekend do dowolnej europejskiej stolicy czy na Mazury? - Dowolna europejska stolica z głową zadartą do góry, aby podziwiać architekturę :)

11. O której godzinie odpowiadasz na te pytania? ;) - póki co jest 21:22. Ha nie jest tak źle :P

 

Trzeci:

1. TGV (teżewe ;) ) czy Orient Express? - aż musiałam sprawdzić w google co to jest :P i oczywiście, że TGV!

2. Małżeństwo czy wolny związek? - nie znam jeszcze odpowiedzi ;)

3. Wieczór w knajpie czy wieczór na kanapie? - od 3 lat wolę na kanapie.

4. Jezioro czy basen? - basen. Nie ma glonów i jest twarde dno.

5. Kocham czy pragnę? - Kocham.

6. Mówię czy słucham? - a to zależy kogo. Byle nie głupoty.

7. Książka czy ebook? - z braku laku książki. Napalam się na czytnik :)

8. Real czy "wirtual"? - Real.

9. Rozważna czy romantyczna? - Rozważna. Romantyczna tylko podczas PMS ;)

10. Pączek czy dietetyczny batonik? - Słodkie jest niedobre.

11. Piwo czy wódka? - Piwo. Wódka jest niedobra.

 

A teraz pytania:

1. Dobra wróżka daje Ci możliwość wybrania daru na dowolnym instrumencie: jaki by to był instrument?

2. Super piękny\a czy super mądry\a?

3. Czy jest coś, do czego jesteś bardzo przywiązana(y)?

4. Czy jest coś, co uwielbiasz, a Twoja druga połówka tego nie cierpi?

5. Nigdy nie wezmę do ust...

6. Znienawidzony smak dzieciństwa, to...

7. Co w sobie lubisz?

8. Co byś w sobie zmienił\a?

9. Czego nigdy byś nie ubrała wychodząc z domu?

10. Boże Narodzenie czy Wielkanoc?

11. Co sądzisz o takich łańcuszkach?

 

Nominowani przeze mnie:

Siora

darkmenowa

APIZ

mamutekihanutek

No. I tyle. Wzajemne kółko adoracji już zabawę odbyło, więc nie chciałam molestować ponownie ;) Jeśli któraś z Pań nie ma ochoty się spowiadać - nie zmuszam.

Nosz aż się zgrzałam :O

22:12, zmeczonasaska
Link Komentarze (2) »
środa, 31 października 2012

Gabrysia: Mamo, a można dinozaury dotykać i głaskać?

Mama: Pewnie, można głaskać, dotykać a nawet na nie siadać.

Gabrysia: Dzięki za odpowiedź Mamusiu!

 

Wpis zaległy, ale podobało mi się, więc stwierdzam, że warto zdać relację.

Aby nadać lekkiej goryczy, śmiem wspomnieć, że większość wypadów uatrakcyniających życie dziecia, organizuję ja. Rodzi się pytanie: dlaczego matka wiecznie myśli o tym aby młoda ciekawiej spędziła weekend? Cóż... Ojciec ciągle pracuje nad odpowiedzią, gdyż powtarzam mu owo pytanie przy każdej kłótni ;)

Wracając do tematu. W ostatnią ciepłą sobotę tej jesieni udaliśmy się do Zaurolandii w gminie Rogowo. Biśkę nęciłam tematem 3 dni wcześniej, aby zbytnio nie stękała w czasie 1,5 godzinnej podróży. Podróż w obie strony jednak przespała, więc nie było najgorzej.

Dojechaliśmy. W domu ubolewałam nad faktem, że dinozaury się nie poruszają. Okazało się to bezpodstawne, gdyż figury były bardzo realistyczne. A przez brak ruchu dzieć mógł każdego dopaść, złapać i dosiąść.

d3

din1

Przede wszystkim cieszyłam się, że odwiedziliśmy park po sezonie (po więcej szczegółów odsyłam do strony parku). Dzięki temu nie było tłoku i mogliśmy na prawdę żółwim tempem przechodzić od dinozaura do dinozaura. Nikt nas nie gonił, nikt przed nami nie zamulał, nie czuliśmy się jak stado baranów idących z tłumem na rzeź. Dodatkowe atrakcje, które raczej nas nie dotyczą jak np. bryczki, crossy, kłady były nieczynne. Przynajmniej ryk silników nie zagłuszał spokoju towarzyszącego przy spacerze w lesie. Dinozaury występują często, więc widz się nie nudzi. Po obejrzeniu pradawnych stworzeń dochodzi się do ogromnego placu zabaw. Plac podzielony jest na strefy dla najmłodszych, starszych i najstarszych (tor linowy). Coś co mnie zaskoczyło to fakt, że te atrakcje były darmowe! Biśka wyskakała się na trampolinach (które nad morzem kosztują 10 zł za 15 minut hycania) i wybiegała na różnych przeszkodach. Cieszyłam się jak głupi do sera, że ludzi jest dużo mniej niż zapewne w środku lata. Na obiad udaliśmy się do pobliskiej restauracji, ekhm tzn. paszarni (delikatnie mówiąc - jedzenie bardzo przeciętne). Nie było problemu z dogadaniem się z panią z okienka Zarolandii, że po obiedzie wrócimy w ramach wcześniej kupionego biletu, aby jeszcze trochę pobawić się na placu zabaw.

Poza tym odwiedziny poza sezonem mają plusy na tle finansowym: wejście jest sporo tańsze, parking darmowy, wszelkie pamiątki i inne nęcacze (gofry, lody, restauracja) są zamknięte - mój obrzydliwie oszczędny mąż był zadowolony ;)

Spędziliśmy tam miło aż 5 godzin. Dzieć był wymęczony ;) Polecam.

23:36, zmeczonasaska
Link Komentarze (5) »
piątek, 26 października 2012

Wybierałyśmy się do księgarni na spotkanie dzieci z żółwiem Franklinem. Biśka się pakuje. Bierze jednego, drugiego, trzeciego żółwia, kwiatek, zebrę, piłkę, kicka i jeszcze kilka drobiazgów (tak pakuje się na każde wyjście, nawet po bułki).


Gabrysia - Mamo, a Franklin nie zabierze mi moich rzeczy?
Mama - Nie, rybko. Franklin nic Ci nie zabierze.
G - Jest miły?
M - Tak. Lubi dzieci. Nic nie zabiera. Mało tego - da Ci prezent i bajkę (za którą zapłacę - nic za darmo ;) ) i zrobię Ci z nim zdjęcie.
G - Jest miły prawda? Nie jest potworem?

Tym sposobem przywitałam erę potworów. Dziś wieczorem za oknem były widziane już trzy ;) O tym innym razem, jeśli się rozkręci.

 

Wyszłam z księgarni przerażona...

Pomieszczenie miłe. Bywamy tam często, minimum raz w tygodniu, bo wolę kupić małej bajkę za 10 zł niż paczkę żelek. Biśka z pomieszczeniem była oswojona. Mimo to po wejściu zwątpiła. Przypuszczam, że dlatego, że i ja zwątpiłam. Było bardzo dużo dzieci. Moja okazała się najmniejsza i pewnie najmłodsza. I co gorsza było pełno rodziców. Rodziców TEGO typu. TEGO którego nie.. ekhm.. nie lubię.

Spotkanie z Franklinem polegało na tym, że dzieci wysłuchały bajki z nowymi przygodami głównego bohatera, czytanej przez panią z księgarni. Bardzo sympatyczna Pani zachęcała do wspólnego czytania dzieci siedzące przed nią na dywanie. Następnie zostały ustawione stoliki, dzieci dostały kredki i kartkę z Franklinem do pokolorowania. Na koniec główna atrakcja - przyszedł żółw Franklin we własnej osobie, poznał się z dziećmi, odpowiedział na różne pytania i pozwolił się obfotografować.

Tyle w teorii.

W praktyce w połowie pierwszego punktu wieczoru starsze dzieci zaczęły dziczeć. Głównie chłopcy. Babeczka z księgarni próbowała je uciszyć. Szło jej ciężko. Wspólne czytanie miało polegać na tym, że pani ręką pokazywała daszek nad głową, a na ten znak dzieci miały mówić "Franklin", by ona mogła dalej dokończyć zdanie z książki. Dzieci jedno przez drugie wykrzykiwały co się dało. Zaczął rodzić się hałas. Matki dzieci nic. Plotkowały w tyle księgarni o tym, które ma droższy strój. My w połowie czytania przeniosłyśmy się na osobne krzesełko by poczytać do uszka inną książkę. Kolorowanki przyniosły jeszcze więcej hałasu. Dzieci (określane dalej "dziki") rozwrzeszczały się jeszcze bardziej. Mimo zachęt, Biśka była bardziej zaabsorbowana dziakmi niż kolorowanką. Nie chciała kolorować, więc ponownie wycofałyśmy się na krzesło czytać swoją bajkę. Matki nic. Co gorsze - puszyły się, że ich dzieci wrzaskiem się przepychają do kredek. Wyciągnęły fotkomaty, pchały się w tłum by swoim wrzeszczaczom robić zdjęcia. Leciały do kredek by to ICH dzik miał najpiękniejszy rysunek. Karciły dzieci, gdy te chciały użyć złego koloru na czapkę czy skórę Franklina. Jedno dziecko z tego powodu płakało. Matka je zbeształa, bo przecież NIE WOLNO mu płakać. Miało teraz ślicznie kolorować, bo Kasia i Igor kolorowały skorupę na brązowo. Przyszedł czas na Franklina. Wiedziałam, że mała czeka na niego pół dnia i koniecznie chce go zobaczyć. Gdyby jej nie zależało, to na czytaniu bajki chciałaby iść do domu. Widziałam jak błyszczą jej oczy. Odważyla się wyskoczyć na środek i powiedzieć "Idzie! Idzie Franklin!". Dzieci rzuciły się na przyjęcie żółwia. Za nimi tabuny wypindrzonych mam z aparatami. Moja mała próbowała się przebić. Cudem uniknęła stratowania przez orkę i jej orczysko. Uratowałam Biśkę. Niestety jako drobna istota zmuszona była stać na końcu wianuszka dzieci, z którymi przywitał się Franklin. Na szczęście żółw widział, że moja jest najmniejsza i okazał jej zainteresowanie, podał rękę i udało mu się dosłyszeć cichutką odpowiedź "mam na imię Gabrysia", mimo że Franek i Ania pchali się by ponownie złapać gościa za rękę. Czas na zdjęcia. Matki przodem. Ciągnąc dzieci. Niektóre płakały, że nie chcą. Inne się bały. Inne pchały zaraz za mamami. Moja bardzo chciała zobaczyć żółwia, ale została skutecznie odgrodzona od celu słupem mamowych nóg. Trudno. Poczekałyśmy na swoją kolej, aż mama A i mama B zrobią sobie zdjęcie z Franklinem zaraz po tym jak 4 razy opstrykały swoje pociechy. Przez hałas Biśka trochę stchórzyła. Umówiła się ze mną, że żółw nie może jej wziąć na kolana, a ten koniecznie chciał ;) Aby w ogóle mieć zdjęcie, szybko (zanim mama C i D się wepchną) wzięłam małą i zdjęcie mamy razem. Następnie pożegnanie Franklina. Biśka machała 'papa' jak najęta, mimo że jeszcze chciała troszkę popatrzeć na żółwia, który w końcu stał się widoczny (gdyż matki z zapchaną pamięcią aparatu poszył na tyły). Koniec. Szybko się ubrać, by jeszcze szybciej wyjść.

Nie wiem co mam myśleć... Nie myślę, że to źle, że moje dziecko nie krzyczy, nie pcha się. Że pozwalam jej kolorować tak jak chce, czym chce i czy w ogóle chce. Nie musi kolorować. Może się bać. Ja tłumaczę dlaczego nie ma powodu by się bać, a nie nakazuję czegoś na siłę. Nie chcę, żeby się wydzierała aby ją usłyszeli. Nie musi mieć najpiękniejszego rysunku, czy zdjęcia jako pierwsza.

A powinna?

Może tak trochę kurwa kultury?

Chamstwo. Tylko dlaczego ludzie są z tego dumni?

Przykro mi, że tak krótko widziała Franklina...

wtorek, 09 października 2012

Spacer.


Mama - Patrz Biśka! Kury.

Gabrysia - Kury! Jak u dziadka! Lubiem kury. Są smaczne.

M - A wiesz, że kury nie latają za wysoko?

G - Mają pióra i skrzydła..

M - Tak, mają, jak inne ptaki. Ale nie latają. Są za ciężkie.

G - ...

M (hmm... jakby tu jeszcze...) - Mają ciężkie dupki!

G (myśli, myśli) - Kurczaczki latają!

M - Kurczaczki? Ale kurczaczki to przecież małe kury.

G - Kurczaczki latają. Mają małe dupki :)


I proszę. Taka logika. Rozumiesz Matko Naturo? Kurczaczki jednak powinny latać ;)

Tagi: dziecko
15:38, zmeczonasaska
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 08 października 2012

Nie mam futra, kopyt i długiej szyi. I paru innych lamich bajerów też nie. Mimo to przyznaje się bez bicia, że wczoraj zlamiłam się okrutnie.

Młoda wstała ok 10. Ze mną. Nie ukrywam - wyspałam się cudnie. W związku z tym zacierałam od (haha) "rana" ręce, że nie urządzę jej drzemki w dzień, to padnie ok 20-21. I będę miała wieczór dla siebie. Walczyłyśmy ze sobą całą niedzielę. Pogoda do bani, więc od czasu do czasu wynajmowałam najwspanialszą nianię świata - Panią Kanał telewizyjny NICK Jr. Dzieć w okolicach godziny 18stej okazywał zmęczenie, ale wspólnym wysiłkiem z moja mamą dotrwałyśmy do okolic godziny 19. Kąpiel. Kolacja (no, powiedzmy, że pół galartu i skibka chleba z masłem to kolacja). I spać?? Nie. 20 - spać? Nie. 21? Ależ skąd... Po co. Wygłupy Biśki trwały do 23.

Jak myślicie - dlaczego?

Ano młoda co rusz podpijała babciną zieloną herbatę. Tu łyczek, tu dwa, tu kolejny, kolejny i następny, "jeszcze jeszcze! Masz pyszną batkę babciu!". I masz. Biśka przeszła samą siebie wzdłuż i wszerz.

I pomyśleć, że skapłam się o tym dopiero późnym wieczorem. Szlaban na zieloną herbatę. Głupia matka. Lama w czystej postaci.

Kurtyna.

lama

14:07, zmeczonasaska
Link Komentarze (3) »
piątek, 28 września 2012

Mąż ogląda zdjęcia Biśki, które zrobiłam jak on był w pracy.

Woła mnie.

- Chodź no na chwilę. O tu. (pokazuje fotkę) Patrz. Wygląda jak Ty! Jakby się tak przyjrzeć, to ona bardzo podobna jest do Ciebie. No. Tylko ładniejsza. ... Hmm... hmmm....... Naprawdę powiedziałem to głośno?

16:11, zmeczonasaska
Link Komentarze (5) »

Biśka zakrada się do ojcowskiego talerza:

G - Ukradnę Ci!

T - A proszę bardzo, częstuj się.

G - Dzięki. (przerwa, bo przeżuwa) Słodki jesteś Tatku.

I uciekła ;)

Tagi: dziecko
16:07, zmeczonasaska
Link Komentarze (1) »
Zmęczona Mama

Wypromuj również swoją stronę Daisypath Happy Birthday tickers