RSS
środa, 31 października 2012

Gabrysia: Mamo, a można dinozaury dotykać i głaskać?

Mama: Pewnie, można głaskać, dotykać a nawet na nie siadać.

Gabrysia: Dzięki za odpowiedź Mamusiu!

 

Wpis zaległy, ale podobało mi się, więc stwierdzam, że warto zdać relację.

Aby nadać lekkiej goryczy, śmiem wspomnieć, że większość wypadów uatrakcyniających życie dziecia, organizuję ja. Rodzi się pytanie: dlaczego matka wiecznie myśli o tym aby młoda ciekawiej spędziła weekend? Cóż... Ojciec ciągle pracuje nad odpowiedzią, gdyż powtarzam mu owo pytanie przy każdej kłótni ;)

Wracając do tematu. W ostatnią ciepłą sobotę tej jesieni udaliśmy się do Zaurolandii w gminie Rogowo. Biśkę nęciłam tematem 3 dni wcześniej, aby zbytnio nie stękała w czasie 1,5 godzinnej podróży. Podróż w obie strony jednak przespała, więc nie było najgorzej.

Dojechaliśmy. W domu ubolewałam nad faktem, że dinozaury się nie poruszają. Okazało się to bezpodstawne, gdyż figury były bardzo realistyczne. A przez brak ruchu dzieć mógł każdego dopaść, złapać i dosiąść.

d3

din1

Przede wszystkim cieszyłam się, że odwiedziliśmy park po sezonie (po więcej szczegółów odsyłam do strony parku). Dzięki temu nie było tłoku i mogliśmy na prawdę żółwim tempem przechodzić od dinozaura do dinozaura. Nikt nas nie gonił, nikt przed nami nie zamulał, nie czuliśmy się jak stado baranów idących z tłumem na rzeź. Dodatkowe atrakcje, które raczej nas nie dotyczą jak np. bryczki, crossy, kłady były nieczynne. Przynajmniej ryk silników nie zagłuszał spokoju towarzyszącego przy spacerze w lesie. Dinozaury występują często, więc widz się nie nudzi. Po obejrzeniu pradawnych stworzeń dochodzi się do ogromnego placu zabaw. Plac podzielony jest na strefy dla najmłodszych, starszych i najstarszych (tor linowy). Coś co mnie zaskoczyło to fakt, że te atrakcje były darmowe! Biśka wyskakała się na trampolinach (które nad morzem kosztują 10 zł za 15 minut hycania) i wybiegała na różnych przeszkodach. Cieszyłam się jak głupi do sera, że ludzi jest dużo mniej niż zapewne w środku lata. Na obiad udaliśmy się do pobliskiej restauracji, ekhm tzn. paszarni (delikatnie mówiąc - jedzenie bardzo przeciętne). Nie było problemu z dogadaniem się z panią z okienka Zarolandii, że po obiedzie wrócimy w ramach wcześniej kupionego biletu, aby jeszcze trochę pobawić się na placu zabaw.

Poza tym odwiedziny poza sezonem mają plusy na tle finansowym: wejście jest sporo tańsze, parking darmowy, wszelkie pamiątki i inne nęcacze (gofry, lody, restauracja) są zamknięte - mój obrzydliwie oszczędny mąż był zadowolony ;)

Spędziliśmy tam miło aż 5 godzin. Dzieć był wymęczony ;) Polecam.

23:36, zmeczonasaska
Link Komentarze (5) »
piątek, 26 października 2012

Wybierałyśmy się do księgarni na spotkanie dzieci z żółwiem Franklinem. Biśka się pakuje. Bierze jednego, drugiego, trzeciego żółwia, kwiatek, zebrę, piłkę, kicka i jeszcze kilka drobiazgów (tak pakuje się na każde wyjście, nawet po bułki).


Gabrysia - Mamo, a Franklin nie zabierze mi moich rzeczy?
Mama - Nie, rybko. Franklin nic Ci nie zabierze.
G - Jest miły?
M - Tak. Lubi dzieci. Nic nie zabiera. Mało tego - da Ci prezent i bajkę (za którą zapłacę - nic za darmo ;) ) i zrobię Ci z nim zdjęcie.
G - Jest miły prawda? Nie jest potworem?

Tym sposobem przywitałam erę potworów. Dziś wieczorem za oknem były widziane już trzy ;) O tym innym razem, jeśli się rozkręci.

 

Wyszłam z księgarni przerażona...

Pomieszczenie miłe. Bywamy tam często, minimum raz w tygodniu, bo wolę kupić małej bajkę za 10 zł niż paczkę żelek. Biśka z pomieszczeniem była oswojona. Mimo to po wejściu zwątpiła. Przypuszczam, że dlatego, że i ja zwątpiłam. Było bardzo dużo dzieci. Moja okazała się najmniejsza i pewnie najmłodsza. I co gorsza było pełno rodziców. Rodziców TEGO typu. TEGO którego nie.. ekhm.. nie lubię.

Spotkanie z Franklinem polegało na tym, że dzieci wysłuchały bajki z nowymi przygodami głównego bohatera, czytanej przez panią z księgarni. Bardzo sympatyczna Pani zachęcała do wspólnego czytania dzieci siedzące przed nią na dywanie. Następnie zostały ustawione stoliki, dzieci dostały kredki i kartkę z Franklinem do pokolorowania. Na koniec główna atrakcja - przyszedł żółw Franklin we własnej osobie, poznał się z dziećmi, odpowiedział na różne pytania i pozwolił się obfotografować.

Tyle w teorii.

W praktyce w połowie pierwszego punktu wieczoru starsze dzieci zaczęły dziczeć. Głównie chłopcy. Babeczka z księgarni próbowała je uciszyć. Szło jej ciężko. Wspólne czytanie miało polegać na tym, że pani ręką pokazywała daszek nad głową, a na ten znak dzieci miały mówić "Franklin", by ona mogła dalej dokończyć zdanie z książki. Dzieci jedno przez drugie wykrzykiwały co się dało. Zaczął rodzić się hałas. Matki dzieci nic. Plotkowały w tyle księgarni o tym, które ma droższy strój. My w połowie czytania przeniosłyśmy się na osobne krzesełko by poczytać do uszka inną książkę. Kolorowanki przyniosły jeszcze więcej hałasu. Dzieci (określane dalej "dziki") rozwrzeszczały się jeszcze bardziej. Mimo zachęt, Biśka była bardziej zaabsorbowana dziakmi niż kolorowanką. Nie chciała kolorować, więc ponownie wycofałyśmy się na krzesło czytać swoją bajkę. Matki nic. Co gorsze - puszyły się, że ich dzieci wrzaskiem się przepychają do kredek. Wyciągnęły fotkomaty, pchały się w tłum by swoim wrzeszczaczom robić zdjęcia. Leciały do kredek by to ICH dzik miał najpiękniejszy rysunek. Karciły dzieci, gdy te chciały użyć złego koloru na czapkę czy skórę Franklina. Jedno dziecko z tego powodu płakało. Matka je zbeształa, bo przecież NIE WOLNO mu płakać. Miało teraz ślicznie kolorować, bo Kasia i Igor kolorowały skorupę na brązowo. Przyszedł czas na Franklina. Wiedziałam, że mała czeka na niego pół dnia i koniecznie chce go zobaczyć. Gdyby jej nie zależało, to na czytaniu bajki chciałaby iść do domu. Widziałam jak błyszczą jej oczy. Odważyla się wyskoczyć na środek i powiedzieć "Idzie! Idzie Franklin!". Dzieci rzuciły się na przyjęcie żółwia. Za nimi tabuny wypindrzonych mam z aparatami. Moja mała próbowała się przebić. Cudem uniknęła stratowania przez orkę i jej orczysko. Uratowałam Biśkę. Niestety jako drobna istota zmuszona była stać na końcu wianuszka dzieci, z którymi przywitał się Franklin. Na szczęście żółw widział, że moja jest najmniejsza i okazał jej zainteresowanie, podał rękę i udało mu się dosłyszeć cichutką odpowiedź "mam na imię Gabrysia", mimo że Franek i Ania pchali się by ponownie złapać gościa za rękę. Czas na zdjęcia. Matki przodem. Ciągnąc dzieci. Niektóre płakały, że nie chcą. Inne się bały. Inne pchały zaraz za mamami. Moja bardzo chciała zobaczyć żółwia, ale została skutecznie odgrodzona od celu słupem mamowych nóg. Trudno. Poczekałyśmy na swoją kolej, aż mama A i mama B zrobią sobie zdjęcie z Franklinem zaraz po tym jak 4 razy opstrykały swoje pociechy. Przez hałas Biśka trochę stchórzyła. Umówiła się ze mną, że żółw nie może jej wziąć na kolana, a ten koniecznie chciał ;) Aby w ogóle mieć zdjęcie, szybko (zanim mama C i D się wepchną) wzięłam małą i zdjęcie mamy razem. Następnie pożegnanie Franklina. Biśka machała 'papa' jak najęta, mimo że jeszcze chciała troszkę popatrzeć na żółwia, który w końcu stał się widoczny (gdyż matki z zapchaną pamięcią aparatu poszył na tyły). Koniec. Szybko się ubrać, by jeszcze szybciej wyjść.

Nie wiem co mam myśleć... Nie myślę, że to źle, że moje dziecko nie krzyczy, nie pcha się. Że pozwalam jej kolorować tak jak chce, czym chce i czy w ogóle chce. Nie musi kolorować. Może się bać. Ja tłumaczę dlaczego nie ma powodu by się bać, a nie nakazuję czegoś na siłę. Nie chcę, żeby się wydzierała aby ją usłyszeli. Nie musi mieć najpiękniejszego rysunku, czy zdjęcia jako pierwsza.

A powinna?

Może tak trochę kurwa kultury?

Chamstwo. Tylko dlaczego ludzie są z tego dumni?

Przykro mi, że tak krótko widziała Franklina...

wtorek, 09 października 2012

Spacer.


Mama - Patrz Biśka! Kury.

Gabrysia - Kury! Jak u dziadka! Lubiem kury. Są smaczne.

M - A wiesz, że kury nie latają za wysoko?

G - Mają pióra i skrzydła..

M - Tak, mają, jak inne ptaki. Ale nie latają. Są za ciężkie.

G - ...

M (hmm... jakby tu jeszcze...) - Mają ciężkie dupki!

G (myśli, myśli) - Kurczaczki latają!

M - Kurczaczki? Ale kurczaczki to przecież małe kury.

G - Kurczaczki latają. Mają małe dupki :)


I proszę. Taka logika. Rozumiesz Matko Naturo? Kurczaczki jednak powinny latać ;)

Tagi: dziecko
15:38, zmeczonasaska
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 08 października 2012

Nie mam futra, kopyt i długiej szyi. I paru innych lamich bajerów też nie. Mimo to przyznaje się bez bicia, że wczoraj zlamiłam się okrutnie.

Młoda wstała ok 10. Ze mną. Nie ukrywam - wyspałam się cudnie. W związku z tym zacierałam od (haha) "rana" ręce, że nie urządzę jej drzemki w dzień, to padnie ok 20-21. I będę miała wieczór dla siebie. Walczyłyśmy ze sobą całą niedzielę. Pogoda do bani, więc od czasu do czasu wynajmowałam najwspanialszą nianię świata - Panią Kanał telewizyjny NICK Jr. Dzieć w okolicach godziny 18stej okazywał zmęczenie, ale wspólnym wysiłkiem z moja mamą dotrwałyśmy do okolic godziny 19. Kąpiel. Kolacja (no, powiedzmy, że pół galartu i skibka chleba z masłem to kolacja). I spać?? Nie. 20 - spać? Nie. 21? Ależ skąd... Po co. Wygłupy Biśki trwały do 23.

Jak myślicie - dlaczego?

Ano młoda co rusz podpijała babciną zieloną herbatę. Tu łyczek, tu dwa, tu kolejny, kolejny i następny, "jeszcze jeszcze! Masz pyszną batkę babciu!". I masz. Biśka przeszła samą siebie wzdłuż i wszerz.

I pomyśleć, że skapłam się o tym dopiero późnym wieczorem. Szlaban na zieloną herbatę. Głupia matka. Lama w czystej postaci.

Kurtyna.

lama

14:07, zmeczonasaska
Link Komentarze (3) »
piątek, 28 września 2012

Mąż ogląda zdjęcia Biśki, które zrobiłam jak on był w pracy.

Woła mnie.

- Chodź no na chwilę. O tu. (pokazuje fotkę) Patrz. Wygląda jak Ty! Jakby się tak przyjrzeć, to ona bardzo podobna jest do Ciebie. No. Tylko ładniejsza. ... Hmm... hmmm....... Naprawdę powiedziałem to głośno?

16:11, zmeczonasaska
Link Komentarze (5) »

Biśka zakrada się do ojcowskiego talerza:

G - Ukradnę Ci!

T - A proszę bardzo, częstuj się.

G - Dzięki. (przerwa, bo przeżuwa) Słodki jesteś Tatku.

I uciekła ;)

Tagi: dziecko
16:07, zmeczonasaska
Link Komentarze (1) »
sobota, 22 września 2012

Mama - Gabrysiu, jedziemy do Poznania niedługo.

G - Nie nie... Zostańmy. Dłuuuugo u babci.

M - Ale babcia musi popracować, a my mamy przecież tam swój domek.

G - Nie nie. Ja zostanę. Na zawsze tutaj. Z Tobą.

 

Od ponad tygodnia siedzimy u mojej mamy. Zrobiłam sobie "wakacje". Z Biśką mamy czas tylko dla siebie. No... dobra, dobra.. jak nudzimy się sobą, to młoda siada przed bajką, a ja biorę się za gary i ogarnianie jublu jaki robi owa dama ;) Fajnie.

Ale wakacje się kończą i jutro do Poznania. I będziemy się bawić tam. Dzieć się prostuje, ustawia się już lepiej. Kilka razy udało nam się wytrzymać cały dzień bez drzemki i córa zasypiała na amen o 20-20.30! Nadal kocha smoczki, bajki i wali w pieluchę (nie nie, tego tematu póki co nie wałkuję ;) ). Gada jak szalona, uśmiecha się szeroko, przytula mocno i to mi pasuje.

My - rodzice - w tym czasie planujemy kolejne wielkie rzeczy. Remont kapitalny naszego bardzo bardzo bardzo starego domu, "ucieczka" z Poznania i przeprowadzka 130 km, nowa praca męża, nowa ciąża z zaplanowanym porodem na wrzesień - październik (aby Biśka mogła być wtedy w przedszkolu jakiś czas), choć powiem szczerze, że bardzo się ociągam z tą decyzją... Tak, wiem, plany zawsze wydają się proste.. Ale świat znów trzeba wywrócić do góry nogami. Coś trzeba robić, aby nie myśleć o nadciągającej przygnębiającej zimie. Brrrr

Tagi: dzieko
22:53, zmeczonasaska
Link Komentarze (5) »

Biśka podlewa kwiaty. Polała sobie spodnie i buty. Skarpety mokre a na dworze chłodno.

Mama - Bisiu, oj chyba się polałaś.

G beztrosko - Maaaaamuś, nie psiejmuj nic.

M - A może pójdziemy się przebrać?

G uspokajająco - Maaaamuś, nie trzeba. Później. Później zmienimy. Nic nie psiejmuj. Nalej jeszcze. Szybko. Muszem podlewać.

No fakt. Dzieć chowu ziemnego. Nie ma się co przejmować ;)

22:41, zmeczonasaska
Link Komentarze (1) »
środa, 12 września 2012

E nie chodzi o ciążę ;) to musi trochę poczekać.

Biorę się za Biśkę.

 

Pogoda daje się we znaki dzieciowi? Albo po prostu miała dziś zły dzień? Albo urosły jej rogi?

Wstała za wcześnie.

Mimo to chcąc wprowadzić swą gadkę w czyn, postanowiłam podejść po raz kolejny do odpieluchowania. Nagadałam się pół godziny, ubrałam małej gacie bez pieluchy i czatowałam. Zapowiadało się na prawdę dobrze, bo zakomunikowała siku do nocnika i zrobiła. Jednak kolejne 3 poszły po kolanach. Następnie Biśka powiedziała, że szykuje się grubsza sprawa i zażyczyła sobie pieluchę. Nie pomogły prośby, przekupstwa i oferowanie ustawienia nocnika na złotym piedestale. Pielucha i już. Z przytupem. I tak skończyło się dzisiejsze odpieluchowanie. Ale będę próbować dalej.

Dałam jej spokój i zabrałam się za sprzątanie.

I słyszę:

- Mamoooooo! Herbatę! Super!

- Dobra, przynieś butlę.

- Nie. Ty weź.

Myślę sobie - Ooooo nie moja leniwa Pani. Młode nóżki w ruch.

- Ty przynieś do kuchni, to Ci zrobię.

I się zaczęło... NIEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEEE. Koncert. Stanowczo za dużo decybeli, za dużo wyciskania łez, a na to wszystko kaszel i gile do kolan (Biśka jak płacze, a raczej 'płacze' to zaczyna się krztusić...). Ale to nie znaczy, że mam się na wszystko godzić. Dyskusja "Gabrysiu, proszę podnieś butelkę i przynieś" (i wiele innych) kontra "NIEEE" trwała bite 40 minut. Niestety. Przegrałam. Młoda się zrobiła czerwona jak rak, była roztrzęsiona i ledwo łapała oddech. Krztusiła się szlochając "Boję się pana!" (jakiego pana??? nie była w stanie powiedzieć). Musiałam sama sobie podnieść butlę, zrobić picie i wedle życzenia usadzić hrabinę przed bajką. I pomyśleć, że po prostu kazałam jej przynieść butelkę...

Osz cholera, za długo nie była wyłącznie pod moją opieką...

W ramach odpoczynku dla mej pulsującej głowy poszłam na drzemkę razem z córą.

Ciężko. "Nie było" mnie ledwo miesiąc a nie poznaję własnego dziecka.

Mam nadzieję, że wszystko jest do wyprostowania. Małymi kroczkami...

Tagi: dziecko
23:31, zmeczonasaska
Link Komentarze (12) »
sobota, 08 września 2012

Wypadało by się odezwać.

Duże, duże zmiany nastały. Zmieniłam mieszkanie, jestem w drugiej ciąży, rozwiodłam się z mężem.

Eee żartuję ;) Po prostu pisałam ten cholerny dyplom. Się wzięłam z kopyta, bo terminu oddania nie dało się przedłużyć w żaden sposób. Teraz uważam, że to dobrze, bo już oddałam co miałam. Oczywiście nie obyło się bez schodów, jak jazda po podpis promotora do Konina w dniu oddania, problemy z nieobecnością innych gadów, wyścig z czasem, wracanie się po zapomniany folder do wydruku, piknikowaniem na uczelni z młodą i jeszcze hoho pełno tego. A na samym czubku góry siedziała Biska z Ojcem i tekstem "MAMO MAMO!" (choć w weekendy mi odpuszczali i jechali do babci).

Aż się wierzyć mi nie chce, że teraz została mi tylko nauka. Aż się głupio czuję, że nie muszę nigdzie kliknąć. Na szczęście nie długo. Dostałam pierwszy termin obrony - poniedziałek. TEN poniedziałek. Przestałam się już zastanawiać, czy to ze złośliwości tak wcześnie, czy z chęci pomocy, abym miała z głowy. ;)

 

wiz

(Muzeum Wody i przystań kajakowa - jedna pićsetna część dyplomu ;) )

 

Jako studentka jednolita zastanawiam się czy szykować jakiś poczęstunek komisji czy wystarczy zapchać ich ciastkami. Może ktoś podzieli się doświadczeniem? Pytam tych tu z którymi się bronię, ale jacyś nieogarnięci są. Dodam, że nie chcę robić szopek i taszczyć się z cateringiem, naręczem kwiatów czy aktami własności działek na Polance ;)

 

A u dziecia... Różnie. Bardzo różnie. Trochę ją zaniedbałam, choć na prawdę chętnie spędzałam z nią każdą wolną chwilkę i szlam na każde "Mamo zobacz!". Muszę się za nią zabrać i:

a) odpieluchować

b) odkelkować

c) odbajkować

d) przekonać do spacerów. Gdyż Biśka nie lubi wychodzić na powietrze. Woli się bawić w domu. Każde wyjście, nawet plac zabaw czy po bułki, poprzedzone jest ok. półgodzinnym buntem (te, gdy się spieszyłam na uczelnię w szczególności ;) ). Ubrać - nie, wyjść - nie, gwiazdkę z nieba - też nie. "Chcem zostać w domku!", "Jak skończem","Bawiem sie".

I bardzo się cieszę, że będę miała W KOŃCU na to wszystko czas.

 

PS. A dziś od rana wiercą. Sąsiedzi. A jakże by inaczej, skoro ja się uczę ;)))

Tagi: dziecko
11:08, zmeczonasaska
Link Komentarze (9) »
Zmęczona Mama

Wypromuj również swoją stronę Daisypath Happy Birthday tickers